Thursday, 5 February 2015

Irina DIENIŻKINA - "Daj mi!"

Irina DIENIŻKINA - "Daj mi!"
Tytuł ROSYJSKIEGO oryginału brzmi: "GIVE ME! /A song for Lovers!/". Tak twierdzi wydawnictwo "Świat Książki", ale to nieprawda, bo to tytuł wydania amerykańskiego z 2004 r. Natomiast rosyjski oryginał z 2002 r. miał tytuł "Daj mnie!", a więc tłumaczka Buchalik postąpiła sensownie. Również to wydawnictwo wydało werdykt w notce na okładce: Dieniżkina to "ROSYJSKA MASŁOWSKA". Masłowską można wielbić /to JA/, a można nią pomiatać, ale na żadne porównania stanowczo się nie zgadzam, bo Masłowska jest jedyna w swoim rodzaju. Poza tym Masłowska zadebiutowała jako uczennica i rozwija swój talent różnokierunkowo, a Dieniżkina /ur.1981/ zaczęła karierę w wieku 21 lat, i nic więcej o niej nie słychać.

I to dobrze, że zamilkła, bo nic nie ma do powiedzenia. Tylko ktoś absolutnie niekompetentny mógł wpaść na porównanie do Masłowskiej, która kontynuuje dzieło Gombrowicza. A Gombrowicz przede wszystkim PRZEŚMIEWCĄ był. Natomiast Dieniżkina jest tego zaprzeczeniem, bo jest smętną REALISTKĄ, opisującą koślawą rzeczywistość. W przeciwieństwie do "naszych" nie ma u niej ironii, nie ma sarkastycznego dowcipu, a jest tylko brutalny realizm, z dodatkiem skrywanego taniego sentymentalizmu i niespełnionych marzeń.

Pierwsze, tytułowe opowiadanie da się jeszcze czytać ze względu na tkliwe zakończenie, a im dalej, tym gorzej: banał i chamstwo. Wulgarny język, alkohol, narkotyki, "łatwy"seks i snobowanie się językiem angielskim i negatywnymi wzorcami z Zachodu, I NIC POZA TYM. Tak zaczynał Marek Hłasko, potem Irek Iredyński, Marek Nowakowski, a lata póżniej Stasiuk. Ale oni mieli talent i byli ZBUNTOWANI, a Dieniżkina tkwi w marazmie i w rynsztoku. Oznacza to, że znowu dałem się zwieść okładce i recenzjom. A cha, powodzenie tej książki w Ameryce spowodowane zostało egzotycznym folklorem, bo rap we Wschodniej Europie przebija niedżwiedzie na warszawskiej Pradze.
PS Zapomniałem wspomnieć, ze pierwsze trzy opowiadania zajmujące 131 stron są po prostu słabe, natomiast osiem pozostałych na 44 stronach, to szczyty grafomanii i nieudanych, debiutanckich poszukiwań formy i stylu.