Wednesday, 11 February 2015

Ota PAVEL - "Śmierć pięknych saren"

Ota PAVEL - "Śmierć pięknych saren"
Mój znajomy z "lubimy czytać", występujący pod hasłem "Indianer", wkurzył się moimi ostatnimi "pałami" i przysłał mnie pozycję, która winna dostać dobrą ocenę. Sprawdziło się, lecz tylko w 70%,
Ktoś w recenzji napisał, że to nie jest "wielka literatura". BŁĄD, bo to jest NAJWIĘKSZA Z MOŻLIWYCH, a wniosek taki wynika również ze słów mojego ulubionego Szczygła:

"To książka, którą od lat kupuję w ilościach hurtowych i rozdaję znajomym. Bo to najbardziej antydepresyjna książka świata...”

To ja się zapytam: a co nam więcej potrzeba? Bo mnie niczego nie brakuje, skoro znów odnalazłem klimat utworów innych Żydów: prażanina, jak autor, Kafki i "naszego" Schulza. Niepotrzebne jest podkreślanie wpływu cyklofrenii od 1964 r. na ten zaczarowany świat, bo tak naprawdę, kto z nas jest psychicznie zdrowy. Ale skoro już zahaczyliśmy o encyklopedyczne dane, to podajmy za Wikipedią, że Pavel /1930-73/ nazywał się Otto Popper, że ojciec nazywany żydowskim Don Kichotem, był komiwojażerem, a w trakcie II w.św. szczęśliwie przeżył obóz koncentracyjny, że autor był komentatorem sportowym do momentu zapadnięcia na cyklofrenię, która jest psychozą depresyjno-maniakalną z elementami schizofrenii, no i że z dwóch książek napisanych w 1971 i 1974, Polacy zrobili tą jedną.
Miłość rodziców do ojczyzny Pavel różnicuje: /str.48/

"Mój tatuś w ogóle kochał ten kraj, i to chyba bardziej niż mamusia, która była chrześcijanką; ale dla niej było to w jakiś sposób oczywiste, podczas gdy mój tato szukał ojczyzny poprzez swoich przodków setki lat zanim ją wreszcie znalazł".

Na tych stronach autor wspomina o Lidicach; warto chyba przypomnieć, że to pierwsze miejsce masowej zagłady cywilnej ludności, w tym 88 dzieci, w czasie II w.św., dokonanej w "rewanżu" za udany zamach na zastepcę Hitlera – Reinharda Heydricha /9.06.1942/. Pavel konstatuje: /str.49/

"My o zagładzie Lidic nigdy nie zdołamy zapomnieć, wgryzły nam się w serca jak kleszcz w skórę, kleszcz, który zamiast ząbków i odnóży ma czarną swastykę..".

Rozsmakowałem się w tej lekturze, wzruszyłem wielokrotnie i zaśmiewałem z humoru, czasem w stylu Szwejka, a czasem Lejzorka Rojtszwańca. Ale to wszystko było wspaniałe w pierwszej części/książce; natomiast druga pt "Jak spotkałem się z rybami" zupełnie mnie nie leży, bo to nie moja zabawka. Zawsze byłem wrogiem wędkarstwa, nie rozumiem próżności i poczucia dumy wędkarzy z własnego sadyzmu, a wielokilometrowe wożenie ryb bez wody, to zboczenie. Przeto wyławiałem tylko elementy towarzyszące, ale i tak, ze względu na moje odczucia, z ulgą ujrzałem napis koniec.

Reasumując, uważam pomysł połączenia dwóch różnych książek za niefortunny, tym bardziej, że różnią się wszystkim, począwszy od tematyki poprzez czas i miejsce akcji, po czas napisania, gdzie trzy lata w przypadku autora chorego psychicznie to wieczność. Ten dyskomfort skutkuje obniżeniem oceny do 7 gwiazdek.
PS Stwierdzenie autora: "Rybołówstwo to wolność" pozostawiam bez komentarza.