Thursday, 25 September 2014

J.D. SALINGER - "Buszujący w zbożu"

J.D. SALINGER - “Buszujący w zbożu”
Większość recenzji zaczyna się od deklaracji wieku recenzenta, to i ja tak zacznę. Pierwszy raz go czytałem, gdy miałem 17 lat, bo wtedy został po raz pierwszy w Polsce wydany /w USA w 1951/, a drugi raz teraz, gdy mnie cyfry się miejscami pozamieniały /71/. I w obu przypadkach jestem zachwycony, chociaż punkt widzenia jest diametralnie różny.
Do 1956 r żyliśmy w izolacji, dopiero po XX Zjeżdzie KPZR, w ramach odwilży, zaczęto wydawać w Polsce Hemingwaya i Steinbecka /1956//wyjątek stanowiły „Myszy i ludzie” wydane wcześniej/, rok póżniej Faulknera /1957/, a rok 1958 przyniósł popularność Hłaski i Cybulskiego. Już wcześniej doszedł do Polski kult „buntownika bez powodu” Jamesa Deana, tragicznie zmarłego w 1955 r. Po premierze „Popiołu i Diamentu”, Cybulski stał się „polskim Deanem”. Przyczyniła się również do tego rola Zbyszka jako narkomana w „Kapeluszu pełnego deszczu” M.V.Gazzo, wystawionym w 1959 r przez Teatr Wybrzeże. Równocześnie tj w 58. Europa Zachodnia ogłosiła „polskim Deanem” - Marka Hłaskę. Z kolei niektóre dziewczęta widziały go w synu Szczuki z „Popiołu i Diamentu”, który grał epizodyczną rolę młodego partyzanta /nie pamiętam nazwiska aktora, lecz chodzi mnie po głowie - Jagiełło/. Tak więc kult „zbuntowanych” mieliśmy rozbudowany, gdy opublikowano w 1961 „Buszującego w zbożu”. Zrozumiałe jest więc, że zbuntowany Holden stał się nowym idolem, a książka „kultową”. A wszystko to działo się w epoce rock’n’rolla i sukcesów polskiego jazzu.
Bez względu na epokę, nastolatki snują plany ucieczki z domu, by poznać świat i poczuć LUZ. Pociąga ta swoista /pozorna/ możliwość decydowania o swoim losie. Dosyć zrzędzących rodziców i uprzykrzających życie belfrów. Wzbogacony o pobyt „na gigancie” jest kimś, jest po inicjacji dorosłości. Bunt przeciw dorosłym owocował ruchem hippiesów w połowie lat 60-tych.
Reasumując odwaga Holdena imponowała młodym. Ale problem polega na tym, że książka zachwyca wszystkich, bez względu na wiek. Bo każdy chciałby uciec od powszedniości, od obowiązków, mieć LUZ. Tylko odwagi brakuje.
I teraz, gdy dalej zachwycam się książką, mimo wspomnianego przestawienia cyfr mojego wieku /17 do 71/ , gdy mam już wymarzony LUZ, który jest niechciany, bo przyszedł za póżno wraz z emeryturą, nie chcąc marudzić własnym doświadczeniem, przywołuję wspaniały film z 1991 r. z niedawno zmarłym Robinem Williamsem i Jeffem Bridges-em pt „Fisher King”, a szczególnie scenę symbolizującą pełen LUZ, gdy obaj rozbierają się do naga, kładą się na miejskim skwerku i zapatrują w księżyc i gwiażdziste niebo.
Niestety, Jeff wraca do swojej profesji dziennikarza radiowego, Holden do rodziców, siostrzyczki i szkoły, ja też wiele razy musiałem wracać. Bo jak śpiewał Młynarski: „Miewamy takie sny, lecz budzimy się i.......”
Czytam obecnie „Buszującego...” już po doświadczeniu najlepszego chyba filmu z tych, które w moim długim życiu widziałem, mianowicie „Forresta Gumpa”, w którym mamy sytuację odwrotną do „Buszującego..”. Holden zdobywa doświadczenie od wielu osób napotkanych w czasie ucieczki, a Forest dzieli się swoim /a tak naprawdę - swojego pokolenia/ doświadczeniem z licznymi, zmieniającymi się w trakcie opowieści słuchaczami.
Ale to nie wszystko. Forest biegnie, a z nim jego kibice, przez całą Amerykę, biegnie czyli ucieka, aż zatrzymuje się i zadaje sobie pytanie: „PO CO?”. Holden też się budzi ze snu, złudy, jakim jest jego ucieczka i patrząc na bawiacą się ukochaną siostrzyczkę Phoebe, postanawia wrócić do obowiązków, bo PO CO miałby dalej uciekać.
PS.Odnalazłem nazwisko aktora grającego syna Szczuki: Jerzy Jogalla /ur.1940/