Saturday, 6 September 2014

Eric-Emmanuel SCHMITT - "Małe zbrodnie małżeńskie"

Schmitt /ur.1960/ dał się poznać jako wszechstronny twórca teatralny, ale wyrażnie łaknął szerszej publiczności. Zabrał się więc ostro do pisania i tylko w latach 2000-2004, obok czterch sztuk teatralnych napisał pięć książek: „Ewangelia wg Piłata”, „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu”, „Przypadek Adolfa H.”, „Kiedy byłem dziełem sztuki”, „Oskar i pani Róża” oraz omawianą „jednoaktówkę”. Znamy powiedzenia, że ludzie „..pracą się bogacą” czy „bez pracy nie ma kołaczy”, no i Schmitt bardzo się wzbogacił na tej swojej populistycznej twórczości, a i dostał kołacza w postaci nagrody Goncourtów w 2010 roku. Ale, z drugiej strony „ilość zabija jakość”, i to się często sprawdza.
Nie miejsce tu oceniać całą twórczość Schmitta, a w tym najpopularniejszą powieść pt „Oskar i pani Róża”, bo interesuje nas produkt uboczny tj 97-stronicowa „jednoaktówka”, która chciała być groteską. Może wystawiona w prowincjonalnym teatrzyku wzbudzi rechot niewybrednych widzów, bo mój NIE, ze względu na przewidywalność zdarzeń, oklepane argumenty w sporze mężczyzna-kobieta, a przede wszystkim - na RAMY AKCJI, które tworzą rzygania na samochód, najpierw jego na jej, a potem vice versa.
Za moich modych lat wychodziły dwa tygodniki satyryczne: „Szpilki” i „Karuzela”. Czytelników „Szpilkek” nie pobudzał do śmiechu humor „Karuzeli”, a czytelnicy tej drugiej nie rozumieli dowcipów z tego pierwszego. I dobrze, najważniejsze, że wszyscy byli usatysfakcjonowani.
Dlatego też nikogo nie chcę zniechęcać do omawianej groteski, tylko piszę, że mnie, starego malkontenta, to już NIE BAWI