Tuesday, 19 May 2015

Karen BLIXEN - "Pożegnanie z Afryką"

KAREN BLIXEN - "Pożegnanie z Afryką"

To bardzo stara historia i dlatego warto przytoczyć fakty. Życie Karen Blixen /1885-1962/ naznaczone było syfilisem, a ona z tym się dzielnie zmagała. Od dziecka patrzyła na rozwój choroby u ojca, który w końcu, w wyniku syfilitycznych depresji powiesił się, gdy ta, w przyszłości dobra pisarka, miała 10 lat. Daje to podstawy do przypuszczeń, że przyszła na świat obciążona tym paskudztwem. W 1915 roku, w wieku 30 lat wyszła za mąż za barona szwedzkiego, który już w pierwszym roku poczęstował ją syfilisem, co skutkowało separacją w 1921 i wreszcie rozwodem w 1925. Musiała opuścić Kenię, do której przybyła jako panna młoda, by podjąć leczenie. Szczęśliwie, po śmierci w 1915 Ehrlicha, leczenie związkami arsenu rozwijało się na Zachodzie Europy i tak w swojej rodzinnej Danii, a potem w Kenii, zaczęła się nimi faszerować. Wróciła do Kenii i prowadziła farmę pozostając w związku z angielskim myśliwym Denys Finch Hatton-em. Ten związek trwał 10 lat, od 1921 do 1931, kiedy to Hatton zginął w katastrofie lotniczej. Wtedy właśnie nastąpiło tytułowe POŻEGNANIE Z AFRYKĄ. Wróciła do Danii zaczęła pisać, i miała szczęście w nieszczęściu, że trzecie stadium syfilisa nie rzuciło się jej na głowę, a "tylko" na nogi i brzuch, co w rezultacie spowodowało anoreksję i śmierć głodową.
Należy podkreślić, że kilkakrotnie rozważano jej kandydowanie do Nobla, a najbliżej była tego zaszczytu w 1961 roku ustawiana koło Grahama Greene'a. Dostał ten trzeci, nikomu wtedy nieznany Ivo Andric.
"Nasza" książka /oryg. "Out of Africa"/ była jej drugą, została opublikowana w 1937 r., i przyniosła jej sukces.
W tym czasie Kenia była kolonią angielską i przede wszystkim służyła Panom Świata do uprawiania safari i zakładania olbrzymich plantacji, ale to TERAZ ja jestem taki mądry. Oni nie potrafili inaczej myśleć, niż jako władcy świata. I Blixen, przy całych swoich zdolnościach pisarskich zaczyna swoją opowieść od słów: M I A Ł A M 2400 ha. Przyszła, wzięła i miała. A póżniej tacy ludzie krytykowali komunistów. A kto im wytyczył drogę?
Nie będę powiększał ilości pochlebnych recenzji, zresztą całkiem słusznych, tylko że pozbawionych jednej uwagi, ze punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Chodzi o to, że ta książka wpisuje się w rwący nurt literatury brytyjskiej charakteryzujący się MENTALNOŚCIĄ KOLONIALNĄ. I nawet przy deklaracjach autorki o własnej szlachetności i dobrej woli, nie jest w stanie ona przekroczyć granic wyznaczonych przez ten rodzaj świadomości, bo rządzi nią aksjomat o własnej wyższości. Przypomnijmy tu klasykę tej mentalności czyli "Robinsona Cruzoe", jak i "naszego" Conrada, krytykowanego za pogardę do Afrykanerów i rasizm.
Aby przyjmować omawianą książkę bez zastrzeżeń, trzeba zapomnieć o zbrodniach kolonializmu, dewastacji fauny i flory, jak i udawać, że się nie widzi obecnej sytuacji ludności zamieszkującej tereny akcji książki.
Ale czyta się miło, bo Pani Baronowa to taka dobra pani....... Z tej słodkości mdłości podchodzą do gardła