Monday, 10 July 2017

Stephen KING - "Joyland"

Stephen KING - "Joyland"

Po dwóch nieudanych kontaktach („Historia Lisey” - pała, „Lśnienie – 3 gwiazdki) z twórczością Kinga (ur.1947), miałem go więcej nie czytać, lecz dostałem e-booka, to przekartkowałem. Nawet wśród jego entuzjastów wielu ocenia książkę za słabszą od innych, co nie przeszkadza że na LC ma 6,94 (7524 ocen i 933 opinie), przeto moja niska ocena nie wpłynie na pozytywny wynik. Dodatkowym minusem jest że to nie thriller, a „obyczajówka” o niepokojach „prawiczka”. Do tej pory w dorosłych „prawiczkach” specjalizował się Ian McEwan.

Zadałem sobie trud i wyliczyłem, że w spisie podanym przez Wikipedię „Joyland” (2013) jest 47 pozycją, a po niej wymienione jest jeszcze siedem. Do tego dochodzi siedem książek napisanych pod pseudonimem Richard Bachman, zbiory opowiadań i nowel, książki non-fiction, komiksy i scenariusze filmowe. Niezwykła płodność. Ilość kosztem jakości.

Akcja tej rozgrywa się latem 1973 roku w małym miasteczku w Karolinie Północnej. Bohater,Devin Jones, (1,90 wzrostu, 21 lat, „prawiczek”), uczeń college'u, podejmuje sezonowe zatrudnienie w parku rozrywki gdzie „staje twarzą w twarz ze zbrodnią i musi zmierzyć się z fatum umierającego dziecka” (Wikipedia)

Devin „chodził” dwa lata z Wendy i nic z tych rzeczy, a teraz zaskoczony, że dziewczyna go porzuciła. Może w 1973 roku Ameryka była taka purytańska, szczęśliwie to się zmieniło. Najlepsze, że po 40 latach dalej on uważa (s.10 - e-book)):
„Boże drogi, byłem dżentelmenem. Później często się zastanawiałem, co by się zmieniło (na dobre lub na złe), gdybym nim nie był..”

No to fajnego bohatera nam King zafundował, kompletnego idiotę. Moją diagnozę potwierdza bohater pięć stron dalej:
„...dlaczego dziewczyna, którą kochałeś całym sercem, tobie uparcie odmawiała, ale z tym drugim poszła do łóżka praktycznie przy pierwszej okazji... ...Gdzieś w głębi ducha wciąż się zastanawiam, co ze mną było nie tak. Czego mi brakowało. Jestem po sześćdziesiątce, mam siwe włosy i przeżyłem raka prostaty, ale wciąż chcę wiedzieć, dlaczego nie byłem wystarczająco dobry dla Wendy.....”

Rokowania kiepskie, skoro dotąd nie pojął. A w ogóle nie był taki niewinny, bo Wendy doprowadzała go masażem do orgazmu (s.78,6):
„....–Uśmiechałem się, ale poniżej pasa czułem znajome pulsowanie. Wendy czasem je rozładowywała (nabrała sporej wprawy w, jak to nazywaliśmy, „masażu przez spodnie”).......”

Nasz bohater jest rozbrajający, wspominając wieczór spędzony z ojcem (s.85):
„.... męski wieczór ma swoje zalety, na przykład można bez ceregieli bekać i pierdzieć...”

Rozdział 29 King tak zaczyna:
„W miarę jak mijały kolejne dni czerwca, zaczęło do mnie docierać, że mój związek z Wendy jest chory jak róża Williama Blake’a.....”

Kto to Blake, można się dowiedzieć z „Ziemi Ulro” Miłosza, a wspomniany wiersz przytaczam w tłumaczeniu Barańczaka:
Różo, tyś chora:
Czerw niewidoczny,
Niesiony nocą
Przez wicher mroczny,

Znalazł łoże w szczęśliwym
Szkarłacie twego serca
I ciemną, potajemną
Miłością cię uśmierca.
No to już wszystko jasne, więc jeszcze dodajmy odkrywcze mrowienie bohatera (s.227):
„....udo Erin napierało na moje, a jej pierś ocierała się o moje ramię. Poczułem nagłe i wcale nie nieprzyjemne mrowienie w niżej położonych rejonach ciała. Moim zdaniem – pomijając fantazje – większość mężczyzn to monogamiści od brody wzwyż. Poniżej pasa czyha znarowiony buhaj, który nie dba o to, kogo weźmie na rogi...”
….by oświadczyć, ze szkoda mojego czasu na takie dyrdymały. Ale, że obiecałem sobie solennie doczytanie do połowy, to brnę dalej. Tom ujrzał nieboszczkę Lindę Gray, a „nasz” Jonesy kontynuuje pracę w „joyland” po sezonie i do strony 283 z 564 całości nic więcej się nie dzieje. Nawet cnoty nasz prawiczek nie stracił.
Dumny ze swojej wytrwałości kończę znajomość z Kingiem definitywnie stawiając po raz trzeci niską ocenę, teraz 3. Niepowetowana strata czasu, gdy tyle arcydzieł czeka na mnie. A jeszcze jedno prowokacyjne stwierdzenie: lepiej nic nie czytać, nic czytać takie ogłupiające bzdety. Howgh!