Monday, 7 September 2015

John Kennedy TOOLE - "Sprzysiężenie osłów"

John Kennedy TOOLE - "Sprzysiężenie osłów"

UWAGA! KSIĄŻKA ZOSTAŁA WYDANA RÓWNIEŻ POD TYTUŁEM „SPRZYSIĘŻENIE GŁUPCÓW”. Nie wiem dlaczego, lecz jeśli już, to winno być „.....NIEUKÓW”

Toole (1937-1969, samobójstwo), za omawianą książkę opublikowaną pośmiertnie, został uhonorowany Pulitzerem w 1981 roku. Niestety, na ten tekst, pisany w początkowych latach 60 chętnego wydawcy znaleźć, za życia, nie potrafił.
Zacznijmy od tego czego polski czytelnik nie może docenić. Mianowicie, w Stanach doceniono bogaty opis Nowego Orleanu, a przed wszystkim autentyczność dialektu tego miasta tzw. YAT. Według Wikipedii:
„Yat - także znany, cokolwiek kontrowersyjnie, jako New Orleans English - jest dialektem amerykańsko-angielskiego, tradycyjnie używanym przez niższą-średnią i pracującą klasę Eastern New Orlean...”

Trzeba podkreślić starania tłumaczek - Barbary Howard i Doroty Głowackiej, które starannie zaznaczały odmienność języka. Amerykańscy recenzenci zakwalifikowali omawianą książkę do „picaresque novel”. My to po polsku nazywamy powieścią łotrzykowską. Wikipedia:
„Powieść łotrzykowska, powieść pikarejska, szelmowska - romans awanturniczy przedstawiający losy przebiegłego i pomysłowego włóczęgi-oszusta, ukazujący zarazem satyryczny obraz epoki; wyrosła z plebejskich opowieści o Sowizdrzale. Główny bohater wywodzi się z mieszczańskich nizin społecznych. Jest inteligentny i obrotny, a równocześnie za nic ma powszechnie przyjęte obyczaje...”

Tytuł książki nawiązuje do epigrafu z eseju Jonathana Swift'a pt „Thoughts on Various Subjects, Moral and Diverting”:
„When a true genius appears in the world, you may know him by this sign, that the dunces are all in confederacy against him”.
Tym naszym „prawdziwym geniuszem” jest 30-letni Ignatius Jacques Reilly, współczesny Don Kichot - ekscentryczny, idealistyczny i twórczy, skrajnie krytycznie nastawiony do otaczającej rzeczywistości. I tak..

….od pierwszej strony mój niepowstrzymany chichot, przechodzi w paroksyzmy śmiechu wskutek nieprzerwanego potoku absurdów, sytuacji groteskowych, karykaturalnych, lecz przede wszystkim celnej krytyki wszystkiego. Już po paru stronach, przyznaję rację "shrekowatemu" Ignacemu, który wykazuje każdą wypowiedzią, że "normalność" nie jest normalna. Nie trzeba żadnego wysiłku, aby zdać sobie sprawę, że to nowy Gombrowicz, ino nie polski, a amerykański i dlatego dodatkowo kojarzy się z twórczością Marka Twaina.
Utwór jest nasycony, że każdej stronie można by poświęcić osobną recenzję; nawet z wyblakłej naklejki na szybie można wyłowić "złotą myśl" (str. 51):
"W morzu słów niejeden tonął statek"
Mamy też okazję do szczerego, bezpretensjonalnego śmiechu, gdy czytamy odpowiedź patrolowego Mancuso, przebranego dla niepoznaki w podkoszulkę, krótkie majtki i długą rudą brodę na pytanie:
„- A kto pan jest?
- Patrolowy Mancuso. Incognito...”
Teatr absurdu, groteska, elementy z Gombrowicza, Witkacego, Mrożka i in, plus pure nonsense w stylu dowcipów o blondynce (str. 112):
„- Chcę ciemną perukę. W ten sposób będę mogła zmieniać osobowość.
- Słuchaj, przecież już i tak jesteś brunetką. To czemu nie zapuścisz włosów w naturalnym kolorze i nie kupisz peruki blond?
- Nie przyszło mi to do głowy..."

A skąd to znamy: Gombrowicz ?; nie, chyba bardziej Witkacy str. (168):
„...trzymając się z dala od 'Levy-Portek', był zmuszony przejmować się przedsiębiorstwem jeszcze bardziej, gdyż zawsze działo się tam coś złego. Znacznie mniej musiałby się przejmować, gdyby spędzał w 'Levy-Portkach' osiem godzin dziennie, faktycznie zarządzając fabryką.. Lecz sama nazwa 'Levy-Portki' przyprawiała go o zgagę....”
Czyli zniewalająca, wszechmocna niemożność. Autor i jego bohater wyżywa się szczególnie na pop-culture, którą gardzi, jak całym współczesnym światem, pozbawionym „teologii i geometrii”. Jako alternatywę proponuje scholastyczną filozofię Średniowiecza, a szczególnie teorie Boecjusza (480-524).
Odwołuje się do dzieła Boecjusza „Consolatio Philosophiae” (O pocieszeniu jakie daje filozofia) poświęconemu ludzkiej egzystencji, w tym, często przywoływanej – FORTUNIE.
Do głównego wątku dochodzi korespondencja z Myrną Minkoff, żydowską „beatnik”, która naszego bohatera fascynuje i stymuluje do działania.
Proszę Państwa, nie ma innego wyjścia, trzeba samemu przeczytać, bo tak świetna zabawa rzadko się zdarza.