Thursday, 17 September 2015

Debra DEAN - "Madonny z Leningradu"

Debra DEAN - "Madonny Leningradu"

Debra Dean ukrywa swój wiek, ale ja jako wielbiciel Herlocka Sholmesa wydedukowałem, że ma co najmniej 56 lat. W 1990 zrobiła mastera w University of Oregon i zaczęła nauczać "creative writing", lecz przedtem 10 lat pracowała w teatrach, czyli w dekadzie 1980-1990, a pracę podjęła po skończeniu Whitman College (English i drama). Tak więc w 1980 musiała mieć co najmniej 21 lat, ergo urodziła się w 1959 lub wcześniej. Omawiana książka jest jej więcej niż udanym debiutem z roku 2006.
Autorka pisze (str. 237):
„..Główną inspirację stanowił dla mnie trwający całe życie romans moich dziadków, zakończony wspólnym przejściem przez chorobę Alzheimera...”
Aby skończyć z tym wątkiem, zwracam się do wszystkich wielbicieli „Pamiętnika” Sparksa: czytajcie „Madonny...” na pewno się Wam spodobają. Szczególnie upór i poświęcenie Dymitra, wbrew presji zamerykanizowanych dzieci, które pragną problemu się pozbyć, w typowy dla USA czy Kanady sposób, czyli przez umieszczenie chorej 82-letniej Mariny i jej męża w luksusowym wprawdzie ośrodku opiekuńczym, lecz praktycznie ubezwłasnowolniającym. Zresztą autorka drwi z tych dzieci, wkładając w usta Helen retoryczne pytanie (str. 111):
„Czy to nie dziwne, że tak mało wiemy o własnych rodzicach?”
Wykorzystanie Alzheimera - OK, ale w wywiadzie Dean wspomina o inspiracji całości:
„In 1995, i watched a PBS series on the Hermitage Museum in Saint Petersburg...”
Trudno sobie wyobrazić, ile pracy włożyła Dean w poznanie tematu tj historii i zbiorów Ermitażu, a już w ogóle nie rozumiem, jak jej - Amerykance, udało się uchwycić sedno rosyjskiej duszy. Wielkie uznanie! Musiała mieć rosyjskich przyjaciół. Marina, przewodniczka po Ermitażu kocha swoją pracę i kocha zbiory. W momencie zagrożenia pracuje ponad siły przy zabezpieczeniu ich, a znalazłszy się na dachu wyraża opinie o księżycu (str. 98):
„...dlaczego romantyczni poeci robili tyle szumu wokół tego brzydkiego, ospowatego dysku..”
Bo dla niej, księżyc przegrywa z pięknem zbiorów Ermitażu.
W oblężonym Leningradzie ludzie głodują, a mimo to, a może dlatego, deklamują wiersze Achmatowej, słuchają wykładu archeologa, a w kulminacyjnym momencie Marina – przewodniczka oprowadza grupę kadetów po komnatach z pustymi ramami, a jej wizję obrazów niegdyś tam wiszących, kadeci z zainteresowaniem kupują. Majstersztyk!! A woźna Ania, niewykształcona miłośniczka zbiorów muzeum.
Skok w teraźniejszość: Helena dziwi się, że matka zna się na sztuce. A do tego postawa Dymitra wobec faktu, że Andriej jest rudy!!
Piękna, wzruszająca opowieść, a jeszcze raz wyrażam podziw, że Amerykanka to napisała.