Saturday, 22 August 2015

Andrzej SZCZYPIORSKI - "Początek"

Andrzej SZCZYPIORSKI - "POCZĄTEK"

Szczypiorskiego (1928-2000) pamiętam z "Kobry" i z "Polityki" (1965-75). Przy pomocy "Kobry", pod pseudonimem Maurice S. Andrews, wyludniał, co czwartek, ulice miast. Telewizorów było mało, to całe kamienice integrowały się u szczęśliwego posiadacza. "Początek" wydał w 1986 (w Niemczech pod tytułem"Piękna pani Seidenman"). Ze względu na nietypowy charakter mojej recenzji, czuję się zobligowany do wysunięcia propozycji, abyście Państwo przeczytali ją dopiero po lekturze
Bo Szczypiorski porusza wiele drażliwych tematów, posługując się często drwiną i ironią, a ja zgadzając się całkowicie z nim, wybrałem drogę cytatów, które zubożą Państwu przyjemność osobistego ich odkrywania. Nie sposób poruszyć wszystkich tematów przeto pozostawiam traumatyczny wyjazd bohaterki z Polski w 1968 (symbolika Alei Szucha) czy eksponowany już u Miłosza temat karuzeli na pl. Krasińskich (str.315 – "Żydki się smażą, aż skwierczy")
Niewątpliwie kulminacyjnym punktem jest końcowa przemowa (o żydowskim dziecku) sędziego do zakonnicy: (str.360)

"- Ja siostrze coś powiem, ja coś powiem! Jestem katolik, rzymski katolik z dziada pradziada, szlachcic polski. Wierzę w Pana Jezusa, w opiekę Najświętszej Maryi Panny, we wszystko wierzę co mi dała religia i moja Polska kochana. I niech mi siostra łaskawie nie przerywa, bo mnie się nie przerywa, kiedy mówiłem, to mi nawet prezydent Mościcki nie przerywał, choć nie było mu w smak słuchać pewnych rzeczy. Więc jak to ma być, proszę siostry?! To przecież Pan Bóg przeprowadził to dziecko przez pięć tysięcy lat, to Pan Bóg je prowadził za rączkę z miasta Ur do ziemi Kanaan, a potem do Egiptu, a potem do Jeruzalem, a potem do babilońskiej niewoli, a potem na powrót do Ziemi Świętej, a potem na cały rozległy świat, do Rzymu i do Aleksandrii, do Toledo i do Moguncji, aż tutaj, nad Wisłę. To przecież sam Bóg kazał temu dziecku zdeptać całą ziemię od krańca do krańca, żeby na koniec tutaj się znalazło, pomiędzy nami, w tej pożodze, w tym końcu wszystkich końców, gdzie już nie ma wyboru, skąd już nie ma ucieczki, jak tylko w tę norę naszego katolicyzmu, naszej polskości, bo tu jest szansa ocalenia życia tego dziecka. Więc jak to ma być z wolą Bożą, siostro!? Przez tyle miesięcy lat Bóg prowadził Joasię, żeby inni ludzie mogli Go poznać, mogli Go zrozumieć, żeby mógł przyjść Zbawiciel, nasz Pan Jezus, w którego wierzymy i którego wielbimy na Krzyżu Świętym, bo za nas umarł, dla naszego zbawienia umarł pod ponckim Piłatem, więc przez tyle tysięcy lat prowadził ją Pan, żeby teraz, u samego kresu miała się przepoczwarzyć, żeby miała sobie zaprzeczyć, bo tak chce Adolf Hitler? Proszę bardzo, niech ją siostra ochrzci, nauczy pacierza i katechizmu, niech się nazywa Joasia Bogucka, albo Joasia Kowalczykówna, ja to oczywiście załatwię, za dwa, najdalej za trzy dni będzie gotowa metryka chrztu, nie do podważenia. Nie do podważenia, po umarłej katolickiej dziewczynce. Więc wszystko w najlepszym porządku. Proszę bardzo. Niech siostra nad tym dzieckiem pracuje. Po chrześcijańsku, po katolicku, po polsku także! Myślę, że tak należy. To jest potrzebne dla jej przyszłości, przeżycia. Ale powiem siostrze, co o tym myślę. My tutaj, to jedno. A Pan Bóg to rzecz inna. I Pan Bóg nie dopuści! Ja w to wierzę mocno, proszę siostry, że On do takiego końca nie dopuści. I będzie z niej żydowska kobieta, pewnego dnia obudzi się w niej żydowska kobieta i otrzepie ona z siebie obcy pył, aby wrócić tam, skąd przychodzi. I będzie jej brzuch płodny i wyda na świat nowych Machabeuszy. Bo nie wytraci Pan swojego ludu! To siostrze mówię. A teraz niech ją siostra zabierze i niech ona uwierzy w Pana naszego, Jezusa Chrystusa, bo to jest, jak siostra dobrze wie, pokarm życia. Ale kiedyś zbudzi się w niej Judyta, wydobędzie miecz i utnie głowę Holofernesa...."
To kwintesencja i finał dialogu z polskim katolicyzmem, toczonego przez całą książkę. Nie mam potrzeby, ani ochoty wracać do absurdalnych zarzutów o zamordowaniu "naszego Pana Jezusa przez Żydów", bo to temat oklepany począwszy od Miłosza, a na Stasiuku kończąc (bo "mojego" ks. Tischnera do takiego poziomu nie śmiałbym wciągać). Mam wiele tematów istotniejszych, więc tutaj przypomnę za Szczypiorskim, wbrew tym, którzy uważają Polskę za "przedmurze chrześcijaństwa", że.... (str.290):
"Rosja też jest dziełem bożym.. ..Bóg nigdy Rosji nie porzucił, ona nigdy nie porzuciła Boga..."
Przechodząc do najważniejszej tematyki, zaczynam od położenia geopolitycznego Polski wg Szczypiorskiego (str.240):
"Czy ten kraj był tylko terenem przemarszu obcych wojsk, zapleczem frontów, przedpolem? Ostatni okop łacińskiej Europy, czołem zwrócony ku stepom, lecz jednocześnie szaniec obronny w obliczu germańskiej nawały. Rubież wolnego świata, wciśnięta pomiędzy tyranie. Wąskie pasemko nadziei, oddzielające pruską pychę od ruskiej ciemnoty. Rzeczka odrębna pomiędzy okrucieństwem i obłudą, bestialstwem i podstępem, pogardą i zazdrością, butą i pochlebstwem, wrzaskiem i pomrukiem. Miedza graniczna, oddzielająca bezwstyd jawnej zbrodni od cynizmu zbrodni utajonej. Czy tylko pasemko, miedza, rubież? I nic więcej?"
Teraz już Państwo rozumiecie, czemu dałem pierwszeństwo cytatom. Temat ten autor poruszał wcześniej, porównując naszych sąsiadów (str.202):
".. Nie istnieje nic bardziej okrutnego. Żadna moskiewska hipokryzja nie może się równać z tą prostolinijną, rzetelną pasją przewodzenia, która napiętnowała umysł niemiecki.. ...Obłuda Moskala jest straszna i niszcząca, ale przecież nigdy nie jest doskonała, zawsze można tam znaleźć jakąś rysę, pęknięcie, przez które sączy się odrobina zwykłej, ludzkiej duszy. Jeśli historia nałoży kiedyś na Niemców obowiązek hipokryzji, staną się najdoskonalszymi hipokrytami pod słońcem...."
Sąsiadów już mamy, to przyjrzyjmy się o co walczymy, jaką mamy wizję powojennej Polski. Wg kolejarza Filipka (str.241):
"Pawełku, pomyślał kolejarz Filipek, zazdroszczę ci. Dożyjesz innych czasów. Nie będzie Polska jak gwóźdź w obcęgach. Będzie znów niepodległa, a przecież lepsza od tamtej, niedawnej, bo bez granatowej policji, sanacji i tromtadracji, bez tej małostkowości, zarozumialstwa, chłopskiej biedy, robotniczych buntów, mocarstwowych aspiracji, getta ławkowego, strajków rzeszowskich, zabitych z Semperitu, biedaszybów, bez głodnych inteligentów i rozpanoszonych pułkowników, bez zaściankowego kleru, Brześcia i Berezy, antysemityzmu, ukraińskich ruchawek, zapachu kiszonej kapusty, śledzia w cholewie, bezdomnych włóczęgów, pyszałkowatych kamieniczników, bez kurnych chat i zabitych deskami wiosek, bez zbankrutowanych teatrów, drogich książek, tanich prostytutek, dygnitarskich limuzyn i Obozu Zjednoczenia Narodowego. Zazdroszczę ci, Pawełku! Będziesz miał Polskę szklanych domów, naszą Polskę pepasiacką, robotniczo-chłopską, bez żadnej dyktatury, bo dyktatura to jest bolszewizm, okrucieństwo, ateizm i koniec demokracji, będziesz miał nareszcie, Pawełku kochany, Polskę wolną, sprawiedliwą i demokratyczną, dla wszystkich Polaków, Żydów, Ukraińców, nawet dla Niemców, szlag by ich trafił, nawet dla nich także..."
Wizja - piękna rzecz, lecz realia szybko odsłaniają jej naiwność i upadek. Tenże Filipek szybko zmienia zdanie (250):
"..- Ja żem nigdy nie mówił o polskich sprawach, że w świństwie upaprane, a teraz mówię. Wszystko ześwinione, Pawełku. Nawet własnego Gomułkę opluli. Co za ludzie, co za ludzie. Jak komuna czego dotknie, zaraz ześwini. Tegom nie myślał dawniej. Nie byli nigdy, jak należy, tom wiedział, ale żeby takie rzeczy, takie rzeczy..."
Bliskiego już nam Filipka, Szczypiorski wykorzystuje również do ironicznej oceny bohaterstwa opozycji lat siedemdziesiątych – osiemdziesiątych (str. 236)
"W wiele lat później różni ludzie usiłowali naśladować umiejętności kolejarza Filipka. Trzydziestoletnie dziewczyny, które chodziły po warszawskich ulicach w strojach peruwiańskich chłopek, oraz trzydziestoletni chłopcy w dżinsach, z brodami starców i wyobraźnią małych dzieci. Naśladowali kolejarza Filipka patetycznie, lecz nieudolnie, a czasem zgoła śmiesznie, bo żeby z wyżymaczki zrobić drukarnię, trzeba nie tylko prawidłowo wkręcać śrubki, ale także rozumieć, czym jest prawdziwa niewola, poznać moskiewski knut i lochy Szlisselburga, niemieckie klatki w alei Szucha i baraki kacetów, Sybir, zsyłki, etapy, Pawiak, Oświęcim, uliczne egzekucje, Katyń, śniegi Workuty i kazachskie stepy, Moabit i forty w Poznaniu, Montelupich, Dachau, Sachsenhausen, brzegi Jeniseju i Irtyszu, mury warszawskiego getta, Palmiry, Treblinkę, trzeba to wszystko poznać ciałem i duszą, mieć na własnej skórze zapisane, w kościach nosić, w sercu dźwigać, trzeba posmakować, jak kolejarz Filipek smakował, całe lata czujnych, nie przespanych nocy, kiedy każdy szmer zdaje się być stąpaniem śmierci, szelest każdy - wiatrem za oknem więziennej celi, a każdy szept - modlitwą zesłańca lub pożegnaniem u progu komory gazowej. Żeby z wyżymaczki uczynić drukarnię, nie wystarczy cierpieć z powodu poniżeń, obłudy, kłamstwa, pałek, aresztów, pomówień, groźby banicji, bezkarności silnych i bezbronności słabych, pychy państwa i upokorzenia obywatela. Tego za mało, by z wyżymaczki uczynić drukarnię prawdziwie wolnego człowieka. Na takiej wyżymaczce można krzyczeć, pomstować, żądać, grozić, szlochać i kpić, ale nie sposób spokojnie mówić o świecie i godności ludzkiej. Gdy się nie wypełnia do końca miara cierpień, marzenia pozostają nie spełnione."
Wg Szczypiorskiego, ci którzy okazali swoje człowieczeństwo nagradzani są przez Morfeusza pięknymi snami. O dziwo znanym "bohaterom" nic się nie śni (str. 159):
"Któż w tym kraju nie chciałby mieć po latach takich słodkich snów? Ale miewał je tylko Wiktor Suchowiak i może jeszcze kilkadziesiąt innych osób. Takie sny zazwyczaj omijają dobrze odżywionych kombatantów. Mądry i wszystko wiedzący Morfeusz rozdziela je pomiędzy zabiedzone nauczycielki w małych miasteczkach, starych, emerytowanych sędziów, inżynierów, kolejarzy albo ogrodników, a czasem także pomiędzy straganiarki i przedwojennych rzezimieszków. Lecz o tym, co niegdyś ci ludzie uczynili, można się tylko dowiedzieć, słuchając czujnie ich słów, niekiedy wypowiadanych przez sen."

W tym samym stylu, kpina z apologii "bohaterów" (str. 178)
"Tak oto wszedł do panteonu bohaterów narodowych, choć wcale tego nie pragnął i nawet w ostatniej chwili nie przemknęła mu przez głowę myśl, że jest bohaterem. Wiedział, w tej ostatniej chwili, że jest porządnym człowiekiem, dobrze życzył światu, bliźnim, a także Polsce, którą na swój zaściankowy sposób kochał przez całe życie. Ale nie wiedział, że będzie bohaterem, a gdyby o tym wiedział, wyraziłby stanowcze życzenie, aby go skreślono. Potem było już za późno! Zaprzeczając jego ideałom wolności i wyszydzając jego proste, krawieckie życie, wyniesiono na ołtarze jego śmierć, jako przykład i wzór. Ale nigdy nie było wyjaśnione do końca, na czym mianowicie przykład ten polegał. Bądź co bądź wyszedł na miasto z zamiarem odbycia spaceru w Saskim Ogrodzie. Czy te spacery miały być przykładem? Czy może raczej sposób, w jaki prowadził nożyce? Albo jego umiłowanie fałszywych sygnetów herbowych? To nie zostało nigdy wyjaśnione. Tylko jego śmierć miała się liczyć, jakby śmierć w ogóle cokolwiek znaczyła, oddzielona od życia, które ją poprzedzało..."
Na koniec wszechobecny spór ideologiczny na temat Narodu (str.288):
"- Kwestia podejścia - rzekł zimno Paweł. - Ostatecznie tak było tutaj zawsze... Od dwustu lat, albo i dłużej. Naród istnieje dzięki temu, że jednak nieustannie wierzgał. Gdyby nie wierzgał, już by go wcale nie było...
- Skąd pan wie? Skąd ta pewność, że nasze wariactwa były fundamentem przetrwania? Że tożsamość trzeba koniecznie okupywać takimi ofiarami? A może należało właśnie całkiem inaczej?"
No i, straszne retoryczne pytanie (chyba autorskie) (str.295)
"Gdzie się podziała nasza wolność, jeśli nie możemy być sobą? Gdzie się podziałem, kiedy się zawieruszyłem?"
DUŻA RZECZ!!! Żałuję, że dopiero teraz przeczytałem