Tuesday, 18 August 2015

Andrzej FRISZKE - "Czas KOR-u" Jacek Kuroń a geneza Solidarności

Andrzej FRISZKE - "Czas KOR-u"
Jacek Kuroń a geneza Solidarności

Okładka nastraja optymistycznie, bo Wydawnictwo ZNAK, Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. To brzmi o wiele lepiej niż IPN.
Do istotnego wstępu mam dwa zastrzeżenia. Pierwsze dotyczy Gomułki. Brak wg mnie podkreślenia, że Gomułka stał się ofiarą niewydolnego socjalistycznego systemu ekonomicznego. Abstrahując od tragicznych wydarzeń roku 1970, jak i marca 1968, zauważmy, że Gomułka oddawał ster władzy bez jakiegokolwiek zadłużenia, a Gierek nie miał żadnego pomysłu poza poprawą sytuacji ekonomicznej społeczeństwa drogą zaciągania kredytów, które miały być wykorzystane efektywnie. Miały, a wyszło jak zawsze. I z tego wynika druga uwaga. Friszke pisze (str.9,7 z 1626):
"Trwałą stabilizację systemu miało zapewnić podniesienie poziomu życia obywateli i zmniejszenie dystansu dzielącego Polskę od krajów rozwiniętych. Służył temu program inwestycyjny ekipy Gierka, czyli rozbudowywanie przemysłu za pomocą technologii kupowanych na kredyt na Zachodzie. Pogorszenie się warunków udzielania kredytu po 1973 r. oraz wzrost oprocentowania skutkowały gwałtownym narastaniem zadłużenia PRL i coraz większą nierównowagą na rynku wewnętrznym...."
Podstawową KONIECZNOŚCIĄ załamania się "programu inwestycyjnego ekipy Gierka", była ciężka, nieuleczalna choroba trawiąca scentralizowany, nakazowy, odgórny system decyzyjny, nosząca nazwę OSZUSTWO OD PODSTAW. Świadomie zaniżano (średnio czterokrotnie) koszty inwestycji, ustalano nierealne terminy realizacji, wyolbrzymiano (często w ogóle wyimaginowane) efekty ekonomiczne mające płynąć z inwestycji, a wszystko było podporządkowane jednemu celowi: BY WESZŁO DO PLANU. Mało tego, gdy decyzja już była korzystna, znaczną częścią kosztów inwestycji obciążano działalność bieżącą przedsiębiorstwa. Powszechnym zjawiskiem był zakup maszyn i urządzeń do hal produkcyjnych, których budowy nawet nie zaczęto. Stały więc one często na powietrzu, ulegając korozji, a często dewastacji i rozkradaniu, by w odległym czasie montażu okazać się nieprzydatnymi.
Robotnicy to widzieli i w coraz większym stopniu zdawali sobie sprawę, że ta niegospodarność żle się skończy, a już obecnie wpływa negatywnie na ich sytuację finansową, bo brakuje pieniędzy na wzrost zarobków. Dodatkowym absurdem było rozliczanie się fabryk po cenach rozliczeniowych tworzonych z kosztu własnego, więc im wyższy koszt wytwarzania, tym większy odpis na fundusz płac, socjalny czy mieszkaniowy. TO MUSIAŁO RUNĄĆ, i już po 6 latach zaczęła się agonia.
Friszke zaczyna książkę od charakterystyki anty -PRL-owskiej opozycji. Aby szerokie grono czytelników mogło czytać ze zrozumieniem omawiane dzieło, przypomnę za Wikipedią:
"….'Ruch' powstał w połowie lat 60. Na IV Zjeździe, w styczniu 1969 r., przyjął deklarację programową 'Mijają lata'(jej autorami byli Stefan Niesiołowski, Andrzej Czuma oraz Emil Morgiewicz)... ...Jego działacze zdecydowanie odrzucali komunizm i nie uznawali Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej za legalne państwo polskie. Nie próbowali więc, w przeciwieństwie do innych środowisk opozycyjnych, działać na rzecz reformy i demokratyzacji PRL, uważali, że dopiero na jej gruzach należy budować niepodległe państwo: demokratyczne, niezależne od Związku Radzieckiego, gwarantujące przestrzeganie praw człowieka... ...W najbardziej aktywnym okresie działalności organizacja liczyła ok. 100 członków.”
„Komandosi – określenie dla działającej w latach 60. XX wieku studenckiej grupy kontestatorów, głównie Adama Michnika, Teresy Boguckiej, Jana Grossa, Jakuba Karpińskiego, Barbary Toruńczyk, Ireny Grudzińskiej, Aleksandra Perskiego i innych studentów. Nazwani zostali tak od niespodziewanego pojawiania się na wykładach otwartych i sesjach rocznicowych na Uniwersytecie Warszawskim i niweczenia propagandowych założeń tych zgromadzeń przez doprowadzanie do nieprawomyślnych, według ówczesnej władzy, dyskusji politycznych... ....Po wydarzeniach marcowych 1968, jesienią tego roku rozpoczęły się procesy środowiska „komandosów”. Po kilku miesiącach zapadły wyroki więzienia, m.in. 3,5 roku dla Kuronia i Modzelewskiego, 3 lata dla Michnika...."
To teraz mogę już pokazać "polskie piekiełko"; wg donosu Ludwika Hassa, działacze "Ruchu" szykowali się do ataku na "komandosów"(str.100):
"Uważają ich za grupę antynarodową, którą trzeba odciąć od wszelkich kontaktów ze środowiskami opozycyjnymi, następnie zaś całkowicie wyeliminować z życia publicznego. Sprawę tę stawiają bardzo ostro. Tak np. zażądali, by Klub Inteligencji Katolickiej i redakcja „Więzi” zdecydowali się z kim chcą współpracować – z byłymi „komandosami” czy z nimi. Inaczej też, niż [Marcin] Król i jego zwolennicy, nie chcą „ruchowcy” utrzymywać żadnych stosunków towarzyskich z Kuroniem i jemu bliskimi. Doszło nawet do tego, że na przyjęciu u Wojciecha Ziembińskiego w końcu stycznia 1975 r. (przyjęcie z okazji rocznicy powstania styczniowego), na którym był Kuroń, zaczęli mówić: co tu robi ten „czerwony”?, co on ma wspólnego z rocznicą narodową".
To po co nam kacapy? Przecież my sami unicestwimy się skutecznie w naszym bagienku!!!
Podobnie jak Michnik w „Dziełach zebranych”, tak i Friszke wielokrotnie zwraca uwagę (np. str.116) na znaczenie książki Bohdana Cywińskiego z 1971 roku, pt „Rodowody niepokornych” w kształtowaniu postaw obecnych „niepokornych” i budowaniu płaszczyzny porozumienia między opozycjonistami różnych „maści”. Ze zdziwieniem zauważam tylko jedną opinię na LC, więc decyduję się skopiować notkę redakcyjną opracowaną przez autora:
"Przedmiotem zawartych w tej książce rozważań o przeszłości są postawy społeczno-etyczne w Polsce ostatnich stu pięćdziesięciu lat. Lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte XIX wieku, to okres kiedy w polskiej myśli ideologicznej i politycznej zaczęły rodzić się nowe idee i kierunki. Związane one są z jednym pokoleniem polskiej inteligencji, pokoleniem urodzonym w pobliżu Powstania Styczniowego i wychowanego w okresie najciemniejszej nocy politycznej, jaka kiedykolwiek zapadła nad Polską. Pokolenia, które potrafiło odrodzić polskie życie polityczne, stworzyć potężne stronnictwa o wyraźnych programach i wnieść swój istotny wkład w odzyskanie niepodległości w 1918 roku.(...)"
Czołowa postać „naszej” książki - Jacek Kuroń - to człowiek dialogu; całe życie szuka płaszczyzny porozumienia z innymi. Jedną z ważnych postaci w jego życiu jest, sławny dzisiaj, ks. Jan Zieja (str. 125):
„We wrześniu 1974 r. przypadała 35. rocznica wybuchu wojny. Kuroń wspominał wielkie wrażenie, jakie na nim wywarło kazanie ks. Jana Ziei wygłoszone w warszawskiej katedrze w rocznicę sowieckiego najazdu 17 września 1939 r. Było ono nie tylko przypomnieniem męczeństwa Polaków na Wschodzie, ale też wyznaniem polskich win wobec Ukraińców, Litwinów, Białorusinów. Będąc pod wielkim wrażeniem tego kazania, Kuroń opowiadał o nim przyjaciołom: „wygłosiłem je prawie dosłownie tekstem Ziei. Potem powtarzałem to w różnych miejscach i właśnie mój tekst poszedł w paryskiej »Kulturze«”. Wrażenie Kuronia brało się z odkrycia podobnej do własnej wrażliwości na krzywdę pobratymczych narodów oraz związanej z tym postawy antynacjonalistycznej. Ksiądz Zieja przełamywał powszechne w tym okresie milczenie o Ukraińcach, Litwinach, Białorusinach, a czynił to na gruncie etyki chrześcijańskiej i wartości braterstwa.”
Kuroń prowadził rozmowy z Wojtyłą i Wyszyńskim. Zainteresował mnie fragment o kontaktach z Prymasem (132). Niestety...
"Nie zachowały się również notatki SB o tych audiencjach, z wyjątkiem raportu o spotkaniu Prymasa z Kuroniem i Michnikiem 20 maja 1976 r. Można przypuszczać, że spotkania te zostawiły ślad w prowadzonym przez kardynała Wyszyńskiego diariuszu, z którego dotychczas opublikowano jedynie wyjątki."
Napięcie w lekturze jest zmienne, bo Friszke opisuje dokładnie wszystko, w tym próby Kuronia w wydaniu marnego kryminałka pod zmyślonym nazwiskiem czy wg mnie marginalną rewitalizację wolnomularstwa. Ponadto wiele spraw znam z innych żródeł. Pozwolę więc sobie, na kontynuację dotychczasowej praktyki, czyli sygnalizowanie fragmentów, dla mnie, ciekawych.
Niewątpliwie nim jest pismo dyrektora Departamentu III MSW gen. A. Krzysztoporskiego, z września 1975 r., w którym alarmuje (182):
„Opozycja wewnętrzna nabrała cech frontu antysocjalistycznego obejmującego osoby o postawach rewizjonistycznych, prawicowych, liberalno-burżuazyjnych i innych. Najbardziej aktywne jądro, ściśle ze sobą współdziałających, stanowi grupa osób ze środowisk: b. komandosów (J. Kuroń, A. Michnik, T. Bogucka); socjaldemokratów (A. Steinsbergowa, J. Olszewski, L. Cohn); rewizjonistycznych (S. Staszewski); liberalno-burżuazyjnych (J.J. Lipski, K. Brandys, K. Głogowski); b. członków nielegalnej organizacji „Ruch” (A. Czuma, S. Niesiołowski i E. Morgiewicz); prawicy społecznej (J. Rybicki, Wł. Bartoszewski).”
Jakby nie patrzeć, miejsce na tej liście nobilituje! Wiele stron Friszke poświęca listom protestacyjnym, petycjom etc, w tym dotyczącym poprawek do tworzonej w 1975 r konstytucji. Niestety, opis tych zbierań podpisów, wagi przywiązywanej do tego, poczucie misji, sprawia wrażenie dziecinady i śmierdzi bohaterszczyzną. W końcu sam autor pisze (208):
„..Pozornie ruch petycyjny poniósł porażkę, w rzeczywistości odniósł sukces”.
Ten „sukces”, to chyba z Mrożka. Moje środowisko tylko obserwowało, kto pod kolejnym listem się podpisze: czy będzie stary endek, alkoholik, alfa „Zniewolonego umysłu” Miłosza - Andrzejewski czy też może autor socrealistycznych „Obywateli” - Kazimierz Brandys, przed którym (wg Kisielewskiego) uciekali zbieracze podpisów pod „listem 34”. Bo dla mnie wzorcami moralnymi byli np Ossowscy, a ze środowiska literackiego godnym szacunku - Słonimski.
Chwała Kuroniowi i innym zapaleńcom, ale nie mitologizujmy tamtych działań!!!
Na str.251 czytam:
„Odejście Kuronia od marksizmu na przełomie dekad i budowanie nowego systemu wartości społecznych utrudniały przedstawienie praktycznego programu dla robotników...."
Czyli Kuroń zintelektualizował się i uprawiał "sztukę dla sztuki". Gorzej, ze Friszke poszedł w komedianty i nam groteskę zaserwował:
"..Jedyną próbą dotarcia do środowiska robotniczego były wspomniane wyżej rekolekcje dla młodzieży gitowskiej....."
Żart? Przecież do robotników łatwiej trafić przez apropaków!!! No i dobrze, trochę się pośmiałem, bo od tych kilkunastu nazwisk w kółko się powtarzających, oczy mnie się zamykały.
Doceniam wagę publikacji Friszke, lecz ze względu na „experience”, np. z 1968 r. ogarnia mnie nuda przy opisach pałowań, zwanych „ścieżkami zdrowia”, a ona prowadzi z kolei do obrazoburczej mojej pseudofilozofii po lekturze np takiego fragmentu (327):
„Większość oskarżonych w Radomiu skazano za to, że „działając w sposób chuligański wzięli udział w zbiegowisku publicznym, którego uczestnicy wspólnymi siłami dopuścili się gwałtownego zamachu na funkcjonariuszy publicznych oraz na obiekty i urządzenia gospodarki uspołecznionej, powodując w następstwie tego zamachu uszkodzenie ciała 75 funkcjonariuszy MO oraz szkodę w mieniu społecznym w wysokości 28 000 000 zł”. Ten sposób formułowania aktów oskarżenia sprawił, że wobec sądzonych stosowano zasadę odpowiedzialności zbiorowej, tj. skazywano ich nie za własne czyny, lecz za wszystko to, co w dniu 25 czerwca 1976 r. zdarzyło się w Radomiu..."
Bo, jak nie ulec "hańbiącej" refleksji, gdy widzę bezsilność III RP wobec bandziorów zwanych kibolami. Czy negacja "odpowiedzialności zbiorowej" ma oznaczać bezkarność? Takie refleksje nie opuszczają mnie przy dalszej lekturze opisów restrykcji, prześladowań, przesłuchań, nieustannej huśtawki aresztowań i zwolnień w OKUPOWANEJ, ZNIEWOLONEJ POLSCE wskutek konfrontacji z rzeczywistością w obecnej WOLNEJ, NIEPODLEGŁEJ DEMOKRATYCZNEJ, nękanej przez "niepokornych" obywateli skargami do Strasburga.
Nie porusza mnie również użycie (350) "maszyny do pisania marki Consul" Kuronia do pisania skarg, bo o wiele bardziej tragiczna historia z maszyną w tle, opisana jest w żartobliwej książce aktora Andrzeja Zaorskiego, gdzie na pożyczonej, od urzędującego wówczas, komunistycznego Ministra Zaorskiego, ojca Andrzeja, ulotki "antypaństwowe" pisała w 1968 r. Kojka, siostra "Dziobaka" tj reżysera Krzysztofa Wierzbickiego. Kojka, relegowana, poszła siedzieć, a nam pozostało spekulowanie czy bezpieka odda maszynę - dowód rzeczowy- prawowitemu właścicielowi tj administracji rządowej.
Mimo tragicznych indywidualnych losów robotników z Radomia, Ursusa etc, całość prześladowań wobec organizatorów opozycji sprawia wrażenie zamierzonej nieudolności. Jakby postępowaniem „władzy” kierowało hasło „nie chcem, ale muszem” czy też idea „wentyla bezpieczeństwa”. Bo, co dostaje całe społeczeństwo? Trzech męczenników: Kuronia, Modzelewskiego i Michnika. O innych szeroko się nie mówi, a znane postacie zdobywają popularność i respekt społeczeństwa podpisując kolejne petycje i „listy”. Dzięki temu, niezdolni do czynów mitomani mogą podtrzymywać w sobie przeświadczenie: „A jednak walczymy!”
Na str, 360 Friszke pisze:
„Dawniej wprowadzeni agenci zdążyli się już zdemaskować... ...Wprowadzenie nowego.. ..było bardzo trudne..”
Tylko, że w bardzo szerokich przypisach do tego rozdziału (str. 593-650), znajduję olbrzymią ilość donosów i „meldunków operacyjnych”. Nie bądżmy naiwni, jak skonfundowany Wildstein z powodu przyjaciela!!
Proszę Państwa! Ta pozycja przerosła moje możliwości i chęci w pisaniu opinii! Czytam dalej sam, nie dzieląc się uwagami. Mam już tylko siłę, by wyrazić uznanie dla autora i polecić całość Państwu.