Sunday, 6 July 2014

Ignacy KARPOWICZ - "GESTY"

Ignacy KARPOWICZ - “Gesty”
STRONA 173:
“Nic mnie tak bardzo nie męczy jak moja osoba; nikt. Moje myśli, suche i jałowe jak pustynne piaski...”
Niestety, to wyznanie głównej postaci /postaci, a nie bohatera, bo bohater to pojęcie pozytywne, a Grzegorz to zadufana, egoistyczna, odrażająca menda/ jest superprawdziwe, a co gorsza, jego druga część odnosi się par excellence do AUTORA. Oprócz tego, że myślenie niskich lotów, to niczym nieuzasadnione popisywanie się np. powieściami Geneta /str.150/, nazwiskami filozofów Gadamera i Wittgensteina /str.151/ czy aksjomatami Euklidesa /str 248/; nieuzasadnione, bo ewentualnym zwolennikom tej książki wymienione nazwiska są obce. Nim przedstawię Państwu wiodącą postać Grzegorza, którego „ego” wzbudza niesmak w czasie lektury, rozprawię się do końca z Karpowiczem
Otóż, obok powyższych zarzutów, jeden jest zasadniczy: zaproponował nam NIEWIARYGODNĄ KONWENCJĘ, gdyż jego stwór - introwertyk, samotnik, obcy wobec całego otoczenia, tak rówieśników, jak i rodziny, nijak nie pasuje do elokwentnego, ekspresyjnego opowiadacza, który, w pierwszej osobie, szeroko analizuje swoje myśli, słowa i czyny. Choćby, jak w stwierdzeniu o swoim ojcu: /str.192/
„Ojciec był uciążliwy, kocham go, bo był moim ojcem i umarł. Kocham go, bo umarł. Za życia nie udało mi się go polubić”
Ponadto, nie jestem w stanie zaakceptować języka Karpowicza, który opisując rozterki Grzegorza w trakcie autopsychoanalizy używa sformułowań takich, jak: /str.184/
„...Ojciec molestował mnie seksualnie, matka PRZYCHYLAŁA MÓJ NOS W ZAROŚLA WŁASNEJ WAGINY, brat dostarczał mi kazirodczych przyjemności, albo ja jemu, ewentualnie?”. /podkr.moje/
No to już przechodzę do Grzegorza i uczuć jakich doznałem w trakcie lektury. Zażenowanie i zniesmaczenie nasila się od pierwszych stron książki, a gdy samolub W KOŃCU odwiedza matkę i pozwala się obsługiwać, ostentacyjnie unikając prac przy domu czy rodzinnym grobie /udaje się na sentymentalny spacer/ przychodzi ochota na odłożenie książki. Nie wiem po co zdecydowałem się czytać dalej. 40-letnia menda żyje do znudzeniania powtarzanymi, wyimaginowymi swoimi problemami: że za dużo pali i że do zaśnięcia ponoć potrzebuje alkoholu bądż ketanolu. Wstając kiele południa i nic nie robiąc cały dzień, czego się spodziewa? Ale on chce być trutniem: /str.103/
„...dlaczego słowo „truteń” kojarzy się tak jednoznacznie i negatywnie. Chyba z ludzkiej zawiści i złości. Bo każdy chciałby być trutniem, ale wstydzi się przyznać”.
Nie, nie każdy, a na pewno nie w chwili, gdy umierająca matka wymiotuje po chemoterapii: /str.139/
„Dzwoni mój telefon.... Odbieram. Odbieram tylko po to, by odejść na bok i nie patrzeć, jak matka sprząta własne wymiociny”
Mocne, przyznacie Państwo. Potem dowiadujemy się, że pomiar i zapisywanie ciśnienia i poziomu cukru przez umierającą kobietę to „jej hobby” oraz, że ”ukochana” porzucona przez niego z powodu pobytu w szpitalu, cierpi na stwardnienie rozsiane, aż w końcu na stronie 220 DOBRA WIADOMOŚĆ, ŻE TA MENDA UMRZE. No i umarł, ale lepiej gdyby w ogóle sie nie urodził.
Na konie jeszcze jeden popis intelektualny Karpińskiego. Grzegorz, alter ego autora, a więc urodzony w 1976, mówi:
„Jestem dzieckiem deficytu wartości, inflacji bohaterów, kampanii zbierania stonki z kartoflisk i uprzątania lasów: Czuwaj, zuch!’
O czym on BREDZI nie wiem, a całą stonkę JA wyzbierałem 22 lata przed pańskim narodzeniem, panie autorze!!