Wednesday, 30 July 2014

Antoni LIBERA - "Madame"

Antoni LIBERA - “Madame”
Cytowany na okładce, recenzent „The Washington Post” porównuje „Madame” do dzieł Stendhala; może i słusznie, tylko, że ich akcja nie toczyła się w PRL-u. Przemysław CZAPLIŃSKI zarzucał tej powieści tworzenie uproszczonego i wygodnego obrazu PRL, a postawę głównego bohatera interpretował jako strategię izolacji od politycznej rzeczywistości.
To bardzo delikatne sformułowania. Bohater, alter ego autora /ur.1949/ uczęszcza do szkół WYŁĄCZNIE w okresie gomułkowskim, a więc okresie wielkich zmian społecznych i politycznych. Po spontanicznym zachwycie „polskim pażdziernikiem”, społeczeństwo korzysta przez kilka lat z „odwilży”, w tym „luzu” dla poczynań młodzieży. Rozkwita moda na jazz, big beat i „prywatki”, w kinach wyświetlają „westerny”, powstaje alternatywne do „czerwonego” harcerstwo, a religia powraca do szkół. Żyje się wesoło „na kredyt”, nie zwracając uwagi na systematycznie walącą się gospodarkę. Kryzys ekonomiczny przyczynia się do panicznego zachowania Gomułki, poszukującego wszędzie „wroga klasowego”. Gomułka nie jest w stanie zrozumieć ludu, którego przestała satysfakcjonować bułka z salcesonem. Rozpoczyna walkę z Kościołem, z modą na Zachód, a kończy zrzuceniem odpowiedzialności na „żydów, masonów i cyklistów”. O masonach /poza Stempowskim/ nikt nie słyszał, kolarze byli naszą chlubą, wiec kozłem ofiarnym został kwiat polskiej nauki i kultury, przyznający się do pochodzenia żydowskiego. Paradoksem jest, że kastrację polskiej inteligencji firmował tow. Wiesław, mąż swojej żony - LINY SZOKEN. Potem już tylko był 1970 r. i strzały Ludowego Wojska Polskiego do strajkujących robotników. Apage GOMUŁKA!!!
Akcja książki ma się nijak do realiów PRL-u. Bohater Libery żyje OBOK.. i PONAD... . Nie uczestniczy w życiu klasy, szkoły, chłopców z podwórka czy w ogóle społeczeństwa. Nie kopie piłki, nie łobuzuje, nie flirtuje z dziewczynami, nie chodzi na prywatki, nie ma żadnych przyjaciół, no i oczywiście nigdy w ustach nie miał wina marki „Wino”. Odnotowuje niby śmieszne anegdotki z życia szkoły, ale w zasadzie się nimi brzydzi. PANICZYK z bogatego, inteligenckiego domu, pobierający prywatne lekcje gry na pianinie i francuskiego. Jeśli zakłada zespół jazzowy /choć akurat modne są gitary/, to on jest postacią centralną.. Jak zaklada zespół teatralny to sam jest reżyserem i głównym wykonawcą. Zmusza innych do przyjęcia repertuaru antycznego, którego średni uczeń nie zna. Po francusku mówi swobodnie, bo tak „wypada”. Jest człowiekiem renesansu wszechstronnym i skazanym na sukces. Nawet w szachach jest mistrzem. Ale przede wszystkim zachowuje się jak panna cierpiąca na globus i wapory. Kierują nim chorobliwe paniczykowate lęki przed życiem: /str.62/
„...w poczuciu straszliwej degradacji, W UWŁACZAJĄCYM ZRÓWNANIU Z INNYMI” /podkr.moje/
No cóż, pochodzenie autora z uprzywilejowanych w PRL-u żydowskich sfer /ojciec - Zdzisław LIBIN, póżniej Libera, prof. historii literatury na UW/ odcisnęło piętno. Pozwolę sobie przytoczyć słowa jakimi kończyłem recenzję „Szkoły bezbożników” Dichtera, a ktore pasują i do tej recenzji:
„..jest to książka przedstawiająca świat PRL-u widziany oczami młodego uprzywilejowanego Żyda...”
Przeto, alter ego autora, paniczyk jest bardzo pewny siebie, gardzi wszystkimi, a jego wizytówką stała się chućpa, co widzimy m.in. w protekcjonalnym stosunku do kolegów, nauczycieli, właściwie wszystkich, w tym „kanarów” czy funkcjonariuszy milicji. W trakcie czytania żałowałem, że taki zarozumialec nie dostał „wycisku” od pogardzanych kolegów ze szkoły, z sąsiedztwa, jak i choć jednego pałowania od ludowej milicji. Do tego scena z demonstracyjnym podłożeniem nowego zegarka-nagrody pod koła tramwaju, bo godność paniczyka została naruszona, jest odrażająca. Chodziłem do szkół PRL-owskich jak autor, również jak on w uprzywilejownej dzielnicy, a może bardziej, bo na Saskiej Kępie, gdzie do przedwojennej inteligencji i powojennej elity żydowsko-partyjnej dołączył bazar i prywatna inicjatywa. Jednak cała młodzież była solidarna wobec niedostatków PRL-u i nikt by nie wpadł na pomysł, by bezmyślnie dewastować zegarek marki Ruhla, gdy wielu biednych kolegów o nim marzyło. Prawdę o atmosferze w uprzywilejowanych szkołach PRL-u przedstawił zabawnie aktor Andrzej ZAORSKI, syn „ministra ze społecznego awansu” w książce „Ręka, noga, mózg na ścianie; orzel, reszka”. Ale przejdżmy do następnego wątku.
18-letni uczeń „zakochuje” się w 31-letniej nauczycielce. To normalka; w każdej szkole uczniowie wynajdują sobie jakiś obiekt swoich niespełnionych marzeń wieku dojrzewania i w związku z nim pozwalają sobie na niewybredne żarty, mające na celu ukrycie ich naturalnej wstydliwości i niedojrzałości.. Zaznaczmy od razu, że różnica wiekowa już 3-4 lat stanowi barierę racjonalności ich poczynań, a podana tu różnica 13 lat prekracza zdolność fantazjowania normalnie rozwijających się chłopców. Dojrzałe kobiety przypominają im raczej matki, niz potencjalne oblubienice. Lecz tu mamy do czynienia z obsesją młodego bezczelnego człowieka, który nie odczuwa żadnego zażenowania wobec starszych. Prowadzona przez niego tj ucznia inwigilacja w dziekanacie uczelni, nawiązywanie kontaktu z synem znajomego rodziców, który kończył studia wraz z obiektem intrygi – Madame, gdy bohater miał DZIESIĘĆ lat, a do tego śledzenie i podglądactwo są CHORE. Brak zdrowych kontaktów z rówieśnikami, a zwłaszcza rówieśniczkami owocuje obsesyjnym podglądactwem w stylu filmu Kieślowskiego, w którym onanista Lubaszenko podglądał Szapołowską. Trzy czwarte książki to opis WĘSZENIA, jakiego by się nie powstydził wyszkolony UB-ek.
Oderwanie od realiów PRL-u obserwujemy na każdym kroku. Już uczniowski teatrzyk tchnął fałszem, ale 20-stronicowe wypracowanie po francusku na temat znaków zodiaku, w którym uczeń socjalistycznej szkoły nawiązuje do Dantego, Goethego, Flauberta, Mozarta, Mendelssohna, Schuberta, Bacha, Bethovena itd itp jest szczytem ABSURDU nobilitującym PRL-owskie szkolnictwo. Ja nie kwestionuję indywidualnych zdolności i wykształcenia „paniczyka”, lecz neguję możliwość takich popisów na terenie szkoły. Dodam, że nie spotkałem w moim długim życiu nikogo, kto mógłby obcym językiem posługiwać się w miarę poprawnie po edukacji ograniczonej do ławy szkolnej w interesujących nas latach „gomułkowskich”. Zauważmy też, że jakiekolwiek popisy intelektualne były żle przyjmowane przez „gamoniowatą” resztę klasy, bo przeciętny uczeń w tamtych czasach nie umiał się płynnie wypowiedzieć na żaden temat, czego potwierdzeniem były i są wystąpienia wybrańców narodu w Sejmie, Senacie i na wszelkich innych forach publicznych.
Ta alienacja autora-bohatera i jego środowiska przybiera czasem wymiar komiczny np gdy wspomniany syn znajomego rodziców, dr Jerzyk jest zdruzgotany w czasie pobytu w Paryżu, faktem, że towarzyszący mu docent przemycił tu kawior, a do Polski zabiera wkłady do długopisów. No cóż otoczenie bohatera-autora jest kryształowo uczciwe i altruistyczne. Tylko jak poruszać się po Paryżu z 10$ w kieszeni ? /Autor pisze o 5 $/.
Charakter paniczyka do końca książki się nie zmienia, zmieniają się tylko okoliczności: chamstwo wobec nauczycielki z liceum zastepuje arogancja i buta wobec nauczyciela akademickiego. Ale p.dr Jerzyk jest na podorędziu i d... studentowi ratuje.
Książkę „wzbogacają” supermądre wstawki o wojnie hiszpańskiej /w tym b. kontrowersyjna ocena KPP/, jak i przeintelektualizowane opowieści np. o Schopenhauerze, Hoelderlinie czy szerokie omówienie „Fedry” Racine’a, która mnie akurat nie interesuje. No i finał: paniczyk, który lata PRL-u przeżył w wyjątkowym luksusie, zgodnie z obowiazującą obecnie political corectness opluwa PRL i Jaruzelskiego /por. Dichter/.
A miłości żadnej nie zauważyłem.