Wednesday, 8 April 2015

Wit SZOSTAK - "Oberki do końca świata"

Wit SZOSTAK - "Oberki do końca świata"

Po "Stu dniach bez słońca", czekałem, czekałem, aż się wreszcie doczekałem następnej książki tego krakowskiego filozofa. Podaję za Wikipedią:

"Jest znawcą muzyki ludowej, od kilku lat zapisuje nuty ostatnich skrzypków ludowych, gra na skrzypcach, gęślach i dudach.."

I owocem tego znawstwa jest ta przepiękna opowieść o rodzie wiejskich skrzypków. Ale to tylko pierwszy powierzchowny odbiór, bo wątków jest bez liku, a muzykant Józef Wicher scala je, jak Maciej Boryna w rejmontowskich "Chłopach". Nasuwa się chęć zakwalifikowania tego arcydzieła do nurtu "powieści chłopskiej", ale to by zubożyło zakres jej wymowy. Nie wysilajmy się więc w tym kierunku, lecz zajmijmy się treścią. Ale uprzedzić to muszę dwoma słowami o formie, którą jestem zachwycony.
Książka ta to SPÓJNY zbiór dziesiątek niezależnych opowieści, z których każda mogłaby być wydrukowana samodzielnie, a konstrukcja każdej z nich zawiera frazę powtarzaną jak mantrę, frazę, która jest jej kwintesencją. I tak, dla głównego wątku tj miłości dwóch braci do tej samej dziewczyny każdy akapit zaczyna się od:

"Jakub miał powody, by na czas się zżymać.
Grał na jej weselu, choć ją chciał poślubić."

Jedne są konkretne, dotyczące danej postaci, jak "Przybył Maciej Wicher znikąd, spoza horyzontu, od wiosek nieznanych", "Kiedy odszedł już Kobiela, nikt po nim nie płakał" czy "Chodził sobie Żyd po świecie i sprzedawał sita"; inne mają znaczenie dla pewnego zdarzenia, jak w przypadku Kowala, który chciał zabić dziedzica: "Wojciech Kowal pił, od otwarcia pił, w kadzidlańskiej karczmie pił"; a jeszcze inne są bardziej poetyckie, jak: "I tak snuły się po wsi szare skrawki ich życia" /TO ŁADNE !!/ czy "Wichry wszystkie grały i wszystkie skrzypiały".
Mamy też takie poetyckie perełki:

"A dziad szedł z wioski do wioski, zbierał ludzie troski do swego supełka.
A dziad szedł z wioski do wioski, do swego supełka zbierał ludzkie troski."

A czy nie urocza jest wędrówka domostw zależnie od stopnia alienacji właściciela?: /67/

" Żył Sebastian Smołka na skraju świata, na skraju Rokicin. Był odludkiem i dom do odludności zmusił. Oddalił się więc domek od Rokicin, odszedł wiele kroków od wsi i przycupnął na skraju pól, na skraju równinnego bezkresu."
Do tej wędrówki jeszcze wrócimy, a teraz główny wątek czyli jak rywalizowali Józek z Franciszkiem o Marysię:
"Czy można wyrzucać niewinnej kobiecie?
Że o jednego Wichra za dużo na świecie?" /str.36 z 405/

Jak ta rywalizacja się skończyła nie powiem, abyście Państwo mogli się popłakać na samym końcu książki, jak to ja uczyniłem. Za to przytoczę ładny wierszyk, który kończy znajomość Jakuba, ojca Józka, z niemieckim pułkownikiem, którego mu na przechowanie podrzucili partyzanci:

"Jeden raz, raz jeden czas na chwilę ruszył.
Jeden raz, raz jeden płot bezczasu skruszył.
Wichry pochowały Niemca, wcale nie odmieńca.
Wichry pochowały Niemca, wcale nie ich jeńca."

Z tym "czasem" śpieszę wyjaśnić, że, po wielu nieszczęściach rodzinnych Jakub zaczarował swoją grą na skrzypcach czas, aby się zatrzymał, co miało uchronić jego i najbliższych od zmartwień. Muzykował już tylko Józek, a przez to nie był przy śmierci ojca: /182/
"Gdy umierał Jakub Wicher, syna przy nim nie było.
Grał oberki na weselu, wielu gości tańczyło."

Ojciec umarł, dzieci dorosły i uciekły ze wsi. Jak łatwo się domyślić, pierwsze pokolenie, które wyrosło w PRL-u, po ucieczce do miast, wstydziło się swoich korzeni, a w tym przypadku do tego stopnia, że syn nie pozwolił ojcu Józefowi zagrać na skrzypcach na swoim weselu. Szostak jest pogodnym optymistą i dzięki temu nowoczesne, miastowe wnuki wracają do korzeni, bo folklor zrobił sie "cool". Przyjechał wnuk z kolegami, i ponagrywali oberki Józka, popili i:

"Posnęli się chłopcy z miasta, wszystko im się kręci.
Józef tańczy, Maria bębni, flaszka wódki nęci.
Posnęli się chłopcy z miasta, wszystko im wiruje.
Józef tupie w rytm oberka, smykiem wymachuje.
Już oberków pełna izba niczym much obora.
Trzeba trochę drzwi uchylić, puścić je na pola.
A kiedy już dzień ich zbudził i Marii szuranie.
Pamiętali tylko wódkę i wczorajsze granie."

Tyle, że "wódkę dość dobrze, granie mniej". Po wyjeżdzie wnuka z kolegami:
"Przyjechali, pojechali, Józef został w domu.
Oj Józefie, pewnie myślisz, żeś potrzebny komu."

Powraca przemieszczanie się domostw, o czym wcześniej była mowa:
"....odkąd młodzi zaczęli przyjeżdżać, dom znowu przysunął się do Rokicin, do drogi. Wcześniej zmierzał już na samą krawędź opuszczonych i nieuprawianych pól, a teraz, jakby wyczekując gości, niecierpliwie przewędrował na dawne miejsce, przy samej drodze, w sąsiedztwie kapliczki Chrystusa Frasobliwego. A młodzi tańczyli, a dom posapywał, bo nie był już najmłodszy."

Opuszczeni, schorowani Maria i Józef odżyli, poczuli się potrzebni:

"I znów chłopcy przyjechali nagrywać oberki.
Przywieźli swoich przyjaciół, zrobił się zgiełk wielki.
I znów chłopcy przyjechali uczyć się muzyki.
Przewrócili życie Jana i Marii nawyki." /280/

"Przyjechali chłopcy na wieś po stare oberki.
Po co wam wiejska muzyka w waszych miastach wielkich?
Przyjeżdżajcie do Rokicin po stare oberki.
Pewnie ich wam nie potrzeba w waszym mieście wielkim.
Przyjeżdżajcie do Rokicin, do starej chałupki.
Babka z dziadkiem już czekają, odganiając smutki.
Czeka na was stara Maria i Józef starutki."

Nie miał takiego szczęścia inny muzykant Antoni Strycharz:

"A dzieci nie przyjeżdżały, bo były zajęte.
A dzieci nie przyjeżdżały, własne troski miały.
A goście nie przyjeżdżali, bo coś im wypadło.
A goście nie przyjeżdżali, mieli inne sprawy.
A goście nie przyjeżdżali, pewnie zapomnieli.
A dzieci nie przyjeżdżały, pewnie zapomniały.
Aż kiedyś zaprzestał czekać i wszystkim ulżyło.
Bo umarł Antoni Strycharz i coś się skończyło."

Czas jest bezlitosny, nawet kościółek nie zazna spokoju:

"Stał kościółek z drewna, bez gwoździa jednego.
Znudził się parafianom, zechcieli nowego."
No i postawili nowy, no i wzbudził on uczucia mieszane:
"Duma ze świątyni, wzniesionej tyloma wyrzeczeniami, mieszała się z onieśmielającą nowością miejsca oraz przeczystą białością ścian i sklepień. Smutno wyglądał stary, skromny i drewniany ołtarzyk rozpięty na ogromnej płaszczyźnie nowej absydy. Przyniesiony ze starej świątyni, gdzie wpasowywał się przez wieki, tu krzywy i przyczerniały, skulił się ze wstydu i przygarbiony, lękliwie zerkał na modlących."

Udało się Szostakowi, ale jak miało się nie udać, skoro jest inteligentnym filozofem, do tego pasjonuje się folklorem, a poza tym mógł, po 10 moich gwiazdkach dla jego poprzedniej książki, spodziewać się, że na jego książki czekam.