Friday, 24 April 2015

Jacek DEHNEL - "Balzakiana"

Jacek Dehnel - "Balzakiana"

Sam nie wiem dlaczego, ale Dehnela, którego bardzo lubię, recenzowałem tylko raz /"Lalę"/ i w dodatku ostro go potraktowałem /7 gwiazdek/. A lubię go za "paniczykowatość", która sprzyja wysokiemu poziomowi kulturalnemu i intelektualnemu.
Na stronie Culture.pl w recenzji podpisanej www.wab.com.pl wyczytałem:
"..Bogactwo charakterów, błyskotliwy dowcip i szeroka panorama społeczna sprawiają, że"Balzakiana" to psychologiczno-obyczajowy majstersztyk. Ludzka natura niechętnie podlega zmianom, zdaje się mówić Dehnel. Żądza zysku i sławy pchają nas dziś do działania tak samo, jak w czasach wielkiego Balzaka."

"Balzakiana" to cztery opowiadania korespondujące w różny sposób z cyklem Balzaka "Komedia ludzka" , obejmującym ponad 130 utworów, w tym zaczynu jej tj "Ojca Goriot". Wyznam Państwu szczerze, że sam bym nigdy na to nie wpadł, mimo to, że w młodości przewertowałem Balzaka dość dokładnie, jako, że moja Mama była jego fanką.
Balzak dla mnie to REALISTA, w dodatku PONURY; Dehnel, owszem, realistą jest, ale przede wszystkim niepohamowanym kpiarzem, wskutek czego każde jego zdanie tryska IRONIĄ. Balzak, wg obecnych kryteriów, jest rozwlekły i opisowy, a u Dehnela nie wolno opuścić ani jednego słowa. Wg mnie u Balzaka dominuje fabuła, a u Dehnela forma. Dlatego mu bliżej do Witkacego i Gombrowicza niż do Balzaka. No i jeszcze bogactwo języka Dehnela, czym bije nie tylko Balzaka, ale i większość pisarzy współczesnych. Pisząc ad hoc nasunęło mnie się jeszcze jedno skojarzenie z krótkimi ironicznymi małymi formami Kornela Makuszyńskiego, którego utwory dla dorosłych są mało popularne.
Już w pierwszym opowiadaniu Dehnel doprowadził mnie do paroksyzmów śmiechu kpiąc ze wszystkiego, a właściwie robiąc sobie "dżadża" przede wszystkim z polskiego kołtuna spod znaku Rydzyka i PIS-u. Nawet "odejście" jednej z bohaterek w zaświaty, nie wpłynęło na moje rozbawienie. Drugie - to historia pauperyzacji rodziny "ziemiańskiej" w twardej rzeczywistości PRL-u; a w cudzysłowie, bo to z tego gorszego ziemiaństwa, które do nauki czy czytania książek nie było skore. Pozycje w rodzaju bufetowej w barze dworcowym, to jednak żenada. A całe opowiadanie można skwitować dwoma porzekadłami: "Rodziny się nie wybiera, rodzinę się ma" oraz "Z rodziną wychodzi się najlepiej... ..na zdjęciu". O trzecim opowiadaniu ani słowa, do mną wstrząsnęło dosadnie, a żeby to zrekompensować przytoczę fragment ze str.288:

"A najlepiej mieć i żonę, i kochankę...
- ???
-Kochance mówię, że idę do żony, żonie mówię, że idę do kochanki, i - myk, myk - lecę do biblioteki".
Popsuł mnie humor ostatnim, czwartym opowiadaniem, w którym przypomniał starą prawdę, że my-starzy nikomu nie jesteśmy potrzebni, a gdy ktoś stary łudzi się, że jest możliwy "come back" do aktywnego uczestnictwa w życiu społeczeństwa to czeka go nader drastyczne otrzeżwienie.

Reasumując: Dehnela świetnie się czyta, zgrabnie on też żongluje pomiędzy groteską, satyrą i ironią a melodramatem, jednakże NAJWYŻSZĄ NOTĘ daję mu ZA JĘZYK, który go nobilituje na tle powszechnego analfabetyzmu wśród naszych pisarek i pisarzy.

PS Zapomniałem napisać, że te cztery opowiadania łączy włos. Nie, przepraszam: nie włos, a Włos /prezesowa/. /jak Barciś dekalog Kieślowskiego/