Monday, 11 July 2016

Edward STACHURA - "Opowiadania" "2"

Edward STACHURA - "Opowiadania" "2"

Warszawa - mała wieś, więc go znałem, i nie ceniłem, ale nie miejsce tu, by przytaczać szczegóły, które powodowały niechęć do niego. Zresztą o jego "niestandardowym" zachowaniu można wyczytać w jego biografii. Dodam tylko, że Stachura (1937 – 1979), umiejętnie tworzył swój fałszywy wizerunek romantycznego, zagubionego wędrowca, że pił jak wszyscy, że nieźle grał w pokera, że kolegował się z Romanem Śliwonikiem, jak i Barbarą Sadowską (matką Grzegorza Przemyka) i że wspominałem o tym w recenzji Wojciecha Tochmana "Schodów się nie pali":
"..Stachura, /jak i Sadowska/ powraca w siódmym opowiadaniu pt „Narzeczona”, w którym padają jakże prawdziwe słowa o nim: /str.122/
„..że ukochał śmierć, że to już żadna poezja, a obłęd. Że buduje sobie legendę..”
Ale jego mitomania i świrowanie miało u łatwowiernej młodzieży wzięcie, i trwa to do dzisiaj, bo jak niedouczony szczawik ma się nie załapać na ściągnięte z Heideggera „SIĘ”? Ten reportaż jest wyjątkowo smutny, gdyż pokazuje do czego prowadzi , właśnie, ułuda, czytaj mitomania. Fakty o romansie 38-letniego Stachury z 21-letnią czytelniczką Martą Kucharską znajdziecie Państwo na Google’u wypisując „Marta Kucharska Stachura”.
Pamiętam również jak pokolenie mojej córki, w połowie lat osiemdziesiątych, stworzyło kult Stachury. Paliło świeczki przed jego zdjęciem i ekscytowało się każdym słowem "mistrza". Z ciekawości przeczytałem wtedy dokładnie całe pięć tomów jego dzieł, które zajmowały honorowe miejsce w pokoju córki.... ..I ni diabła, nie mogłem zrozumieć, co młodych tak zachwyca.
Postanowiłem obecnie sprawdzić słuszność swojej negatywnej oceny, a wierzę, że stać mnie na obiektywizm. Jeszcze uściślę: "negatywna ocena" w stosunku do apoteozy, bo ja nigdy nie twierdziłem, że to jest bezwartościowe, lecz tylko, że nie jest arcydziełem jak niektórzy uważają.

Tadeusz Stefańczyk na http://culture.pl/pl/tworca/edward-stachura przytacza opinię Jarosława Iwaszkiewicza z 1963 roku:
"..'Jeden dzień' wzbudził we mnie uczucia obce tym, co piszą o książkach: entuzjazm i wzruszenie. Ta osobliwa proza, ta niby to naiwna składnia, przeczyste zdanie z dziwnymi powtórkami, ta melancholia - głębokie wewnętrzne umiłowanie życi radość ze wszystkiego, co ono przynosi mniemanemu wagabundzie, wyczucie pejzażu polskiego i polskiego codziennego dnia, tęsknota do miłości i wiara w miłość - jakie to wszystko młode i pełne zachwytu. Przeczytajcie sobie zakończenie noweli 'Nocna jazda pociągiem'. Ta modlitwa franciszkańska jest jedną z najpiękniejszych kart naszej powojennej prozy."
Ładna opinia, lecz nie wiadomo na ile sprawiedliwa, biorąc pod uwagę fragment artykułu Bożydara Brakonieckiego o Iwaszkiewiczu, na: http://www.polskatimes.pl/artykul/909115,iwaszkiewicz-jako-supergej-literatury-wsrod-jego-kochankow-milosz-hlasko-stachura,3,id,t,sa.html
„...Możemy przyjąć za to, że ostatnim jego podbojem był Edward Stachura, autor legendarnej "Siekierezady", guru młodzieży późnego PRL. Kiedy i w jakich okolicznościach Iwaszkiewicz zwrócił na niego uwagę? Ponoć jeszcze wtedy, gdy Stachura studiował na KUL. Ściągnął go do Warszawy, a nawet wystarał się o kawalerkę na ulicy Kobielskiej na Pradze. Ich związek nie przetrwał zresztą długo. Nie wiadomo, co Iwaszkiewicz naobiecywał, ale ostatecznie Stachura wybrał życie wędrującego prostaczka, a pisarz wrócił do swej oazy luksusu i stabilizacji...”
Z kolei Michał Radoryski na http://doza.o2.pl/?s=4097&t=10237 podaje:
„..Najdziwniejszym i najbardziej zagadkowym protegowanym Jarosława Iwaszkiewicza był zapomniany już nieco poeta Edward Stachura. Mocno promowany na idola młodzieży w latach 80. był Stachura piewcą swobodnej wędrówki po połoninach, gorącej miłości do wybranej kobiety i czystości ducha. To wszystko się bardzo podobało dzieciom, które dorastały w latach pierwszej i drugiej "Solidarności". Wtedy Stachura już nie żył, ponieważ popełnił samobójstwo (bardzo zagadkowe) w roku 1979. Ale drukowano go w dużych ilościach i młodzieżowe pisma takie jak "Na przełaj" pełne były wspomnień o nim.
Kiedy Edward Stachura żył, opisywał mistyczne piękno pracy fizycznej w lasach państwowych (Siekierezada) - akurat nie mogę się z nim zgodzić w tej materii, bo sam pracowałem fizycznie w lasach państwowych i opisywanie przygód ze zrębu zupełnego w takim stylu, jak on to robił, uważam za nadużycie. Stachura studiował na KUL w Lublinie i coś tam sobie pisał. W jakich okolicznościach dokładnie zwrócił na niego uwagę Iwaszkiewicz, nie wiadomo. Wiadomo jednak, że sprowadził go do Warszawy i załatwił mu mieszkanie przy ulicy Kobielskiej, nieopodal sławnego na całą stolicę akademika przy ulicy Kickiego.
Ci, którzy pamiętają Stachurę z tamtych czasów, wspominają go wcale nie jak świętego prostaczka, który wędruje pylnymi ścieżkami, mając bożą dłoń za drogowskaz. Wspominają go jako faceta odzianego w niedostępne dla śmiertelnych studentów dżinsy, podróżującego za granicę, wyalienowanego posiadacza nadwyżek gotówki...”
Wyznaję zasadę Giedroycia separacji dzieła od jego twórcy, jednak przypadek Stachury jest wyjątkiem, gdyż używając w tekstach swojego pseudo „Sted”, sugerował czytelnikowi autobiograficzność historii przez niego opisywanych. Aby nie użyć słowa mistyfikacja, powiem, że były „dwie Stachury”, jeden wykreowany w swoich książkach - delikatny, romantyczny, samotny wędrowiec, a drugi - kumpel całej warszawskiej „wiary”, pijak jak oni, sypiający w spelunie u Sadowskiej na ul. Zgoda i pokerzysta, podejrzewany o oszustwa (por. wspomnienie Andermana). Z powyższego wynika przestroga: jego opowieści w większości nie są autobiograficzne.
No to czas na ocenę tego tomu. Najłatwiej toleruję pierwsze opowiadania z lat 1960 -62, dalsze też można czytać, tylko po co? Fenomenem jest obecna jego rewitalizacja, bo dawno winien być zapomniany. Pozer, którego pic i bajer dalej znajduje czytelników, którzy go aprobują. Starość robi swoje i zwiększona z wiekiem tolerancja pozwala mnie dać nawet pięć gwiazdek, co równocześnie znaczy, że dalej mnie nie zaimponował.