Saturday, 27 June 2015

Zbigniew DOMINO - "Młode ciemności"

Zbigniew DOMINO - "Młode ciemności"

Zachwycony byłem "Syberiadą polską", drugiej części nie czytałem, z wielką nadzieją przystępuję do trzeciej. Recenzje na LC są pozytywne, natomiast profesjonalne zgodnie z "political correctness" narzucaną przez IPN, zieją nienawiścią do autora; między innymi ta z portalu wpolityce.pl z 04.02.2013.
W obliczu polityki nienawiści, podziału Polaków etc uprawianej przez IPN i prawicowych oszołomów przypominam początek mojej recenzji wspomnianej "Syberiady..":

„Jedno jest pewne: WARTO PRZECZYTAĆ, a liczne pytania i oskarżenia, chciane czy niechciane, dojdą i tak do uszu czytelnika. Bo tacy już jesteśmy: KAŻDY PRETEKST JEST DOBRY DO TWORZENIA PODZIAŁÓW. Tu stał się nim życiorys autora.
Liczne komentarze kwestionują NIE WIARYGODNOŚĆ, lecz PRAWO DO PUBLIKACJI WSPOMNIEŃ, młodego Sybiraka, ze względu na jego dalszy życiorys. Nasuwa się analogia z gen. Jaruzelskim o którego młodości na przymusowym wygnaniu i utracie ojca umyślnie się nie mówi, bo, ponad 40 lat póżniej, wprowadził stan wojenny...
Co za absurdalny, paradoksalny i wręcz makabryczny podział polskich zesłańców, w tym więżniów łagrów i gułagów: na „dobrych”, którzy zdążyli załapać się do Andersa i „złych”, którzy nie mieli tej szansy i dziś bywają nazywani „czerwoną hołotą na sowieckich czołgach”. Celebrujemy rocznicę Monte Cassino, a wyciszamy Bitwę pod Lenino, gdzie polscy eks-łagrownicy zostali wypuszczeni na pewną śmierć, wskutek umyślnego zaniechania „przygotowania artyleryjskiego”. No cóż, już sam układ Sikorski-Majski miał licznych, jawnych przeciwników...
Nie mam najmniejszego zamiaru uczestniczyć w wojnie polsko-polskiej....”

Głównym zarzutem stawianym tak autorowi, jak i jego bohaterowi jest jego wdzięczność i wierność Polsce Ludowej, jakby jakaś inna, alternatywna istniała. Kpiarz Stefan Kisielewski (Kisiel) pisał:
„Bo ta Polska, powstała z kaprysu Stalina, czy jej ustrój komuś się podoba czy nie, jest JEDYNYM państwem polskim, jakie istnieje na całym globie”.
Oburzony obecną kłamliwą propagandą na temat PRL-u przypomnę znamienną rozmowę, jaką przeprowadziłem w latach 80-tych, z bliską koleżanką ze studiów, w prowincjonalnej fabryce, do której się wybrałem "załatwić" surowce niezbędne dla mojego prywatnego przedsiębiorstwa. Ja, pochodzący z inteligencji warszawskiej, słuchałem płaczu uczciwej kobiety, świetnego fachowca, pochodzącej z biedoty wiejskiej. Mniej więcej to brzmiało tak:
"Wojtek, przecież znasz mnie, wiesz jak ciężko pracowałam na swój awans społeczny. Wszystko zdobyłam UCZCIWĄ pracą. Mąż skończył ten sam kierunek, co my, na Politechnice Łódzkiej, ciężką pracą dorobiliśmy się tego domku (przy pomocy fabryki), samochodu, a nasze dzieci są na studiach. Przecież nasze marzenia ziściły się dzięki tej Polsce, a mnie znienawidzono, bo nie chcę na nią pluć".

Moja droga koleżanka, bohater omawianej książki i wielu innych, nie mieli wyboru, w przeciwieństwie do młodzieży miejskiej, a szczególnie ze środowisk inteligenckich, która ochoczo wstępowała do PZPR (pamiętajmy - w szczytowej fazie 3 mln, plus ZSL, SD, nie mówiąc o organizacjach młodzieżowych), by równie ochoczo, ostentacyjnie zwracać legitymacje partyjne i przefarbowywać się na opozycjonistów, kiedy to się już "opłacało". Po marksiście Kołakowskim, ze stajni Adama Schaffa (1913-2006), to się stało modne i perspektywiczne.
Drodzy Młodsi Koledzy z LC ! Kto Wam wciska ciemnoty o jakiejś masowej opozycji od amnestii 1956 roku do początków KOR-u jest mitomanem i kłamcą. Istniała bowiem tylko jedna zasada, by nie łamać umownej granicy PRZYZWOITOŚCI, o której często mówił prof. Bartoszewski. Ale to już temat rzeka.
We wspomnianej recenzji początkujący dziennikarz szydzi z bohatera w poniższym fragmencie, stygmatyzując swoim dopiskiem autora:
"Jako oficer miałbym Polskę zawieść? Tę moja Polskę, do której zaledwie parę lat temu wróciłem jako zabiedzony wyrostek półanalfabeta, a która dała mi wszystko, od kromki chleba mojego powszechnego, po wykształcenie i dzisiejszy stopień oficerski. Nie, kurcze, żeby nie wiem co, to ja jej nigdy nie zawiodę. Nigdy, przenigdy!
Autor powieści też nie zdradził Polski Ludowej."
Młody, prowincjonalny niby dziennikarz, którego nazwiska nie warto przytaczać, ma czelność być sędzią nas starych, którzy w zniewoleniu żyli i odbudowali Ojczyznę, mimo etycznych rozterek każdego dnia. No cóż, wielu młodych prokuratorów bezpieki też święcie WIERZYŁO nowej ideologii i z PRZEKONANIEM wydawało wyroki na "bandytów z lasu". To, że niektórzy z nich popełnili samobójstwo albo trafili do wariatkowa po otrzeżwiającym referacie Chruszczowa w 1956 roku, życia skazanym nie przywróci. Powierzchowne oceny są z reguły niesprawiedliwe.
Zbigniew Domino nie jest intelektualistą, więc nie żądajmy, by się wspinał na szczyty literackiego Parnasu, a doceniajmy jego wysiłek w rzetelnym przedstawieniu tamtej rzeczywistości. Dlatego uważam, że ta książka jest bardzo wartościową przeciwwagą dla obecnej propagandy, która powiela idiotyzmy o occie na półkach i posępnym, zniewolonym społeczeństwie, podczas gdy ludzie, mimo zależności od Moskwy, tak się bawili, że stolika w żadnej knajpie nie można było dostać bez łapówki.
A młodzi zapaleńcy niech oplują np Dąbrowską, autorkę słynnego listu kondolencyjnego po śmierci Stalina, a w dodatku lesbijkę; a jak prawda płynąca z książek Domino nie pasuje do głoszonych przez nich schematów, to gorzej dla nich.
Gorąco polecam omawianą książkę, bo przy nadmiarze jednostronnej propagandy warto pamiętać o starej mądrości: "Audiatur et altera pars".