Friday, 9 November 2018

Mariusz URBANEK - „Profesor Weigl i karmiciele wszy”


Urbanek  ma  u  mnie  3x10  i  raz  9 (za  Waldorffa),  więc  o  nim  nie  będę   mówił,  bo  w  tamtych  recenzjach  wystarczająco  go  wychwalam.  Natomiast  Weigl,  to  postać  prawie  mityczna.  Słyszałem  o  nim  od  urodzenia,  bo   Ausweis Instytutu Antytyfusowego Rudolfa Weigla był w czasie okupacji gwarancją bezpieczeństwa   tzn. „hodowanie  wszy”  na  własnym  ciele  było  przepustką  do  życia.
Wikipedia:
„..The first typhus vaccine was developed by the Polish zoologist Rudolf Weigl in the period between the two world wars….”  
Urbanek  zaczyna  opowieść  o  tym  Wielkim  Polaku  jakże  sarkastycznymi  słowami:
„Historia zadrwiła z Rudolfa Weigla okrutnie. Pierwszy raz stracił szansę na Nobla, bo chciał być Polakiem a nie Niemcem, drugi, bo znaleźli się Polacy, którzy uznali, że był złym Polakiem…”
Piękna  postać   niewystarczająco  uhonorowana,  tym  bardziej  popularyzacja  jego  osoby  przez  Urbanka  niezwykle  cenna.  Wielką  zasługą  autora  jest  zachowanie  taktu  i  delikatności  w  opisie  bulwersujących  praktyk  z  wszami  w  roli  głównej.  W  dodatku  autor  ma  wprawę  w  opisywania  atmosfery  naukowego  Lwowa,  bo  nabrał  jej  przy  „Genialnych. Lwowska  szkoła  matematyczna”,    a  paradoksalnie  i  tutaj,  przy  wszach,  pojawia  się  geniusz  -  Stefan  Banach,  tym  razem  jako  ich  karmiciel.
Nowa  książka,  z  3.X.2018,  nie  ma  co  marudzić,  tylko  brać  się  do  czytania  10/10
Ale  jeszcze  anegdota.  Weigl  podziwiał  Josephinę  Baker,  kiedy  więc….   (s.96}:
„…..w 1938 roku tancerka przyjechała na szeroko reklamowane występy w Warszawie i Krakowie, pojechał do stolicy, by znów zobaczyć uwielbianą gwiazdę. „Nie bacząc na obowiązki zawodowe” – napisał syn. Wrócił mocno zawiedziony. Bo zapamiętał czarnoskórą tancerkę występującą w paryskim kabarecie nago, przyodzianą jedynie w strusie pióra na głowie i złoty sznureczek na biodrach, z którego zwisał „jeden jedyny” banan. W katolickiej Polsce strój miała, owszem, też skąpy, ale – ponoć na żądanie warszawskiego impresaria – zdecydowanie więcej zasłaniający.”
Ergo:  austriacko – niemieckiego  pochodzenia  Polak  ze  Lwowa,  łudził  się,  że  Warszawa  to  Paryż.