Wednesday, 5 October 2016

Alice MUNRO - "Taniec szczęśliwych cieni"

Alice MUNRO - "Taniec szczęśliwych cieni”

To debiutancki zbiorek Munro z 1968 roku.
Alice Ann Munro (ur. 1931) została nazwana przez Cynthię Ozick (ur. 1928) „naszym Czechowem”, a inni podchwycili ten wymysł amerykańskiej pisarki, notabene córki żydowskich emigrantów z Rosji, i zgodnie za nią gęgają: to amerykanski Czechow !! Po pierwsze – nie amerykański, a kanadyjski. A po drugie - Munro dostała Nobla, a Czechow nie; to może i Munro lepsza (kwestia gustu), ale na pewno nic ją z Czechowem nie łączy (poza długością utworów) Wikipedia o niej pisze:
„..Uważana za jedną z najznamienitszych żyjących autorek krótkich form prozatorskich. Thomas Tausky w biograficznym eseju "Alice Munro. Biocritical Essay" napisał: „Uznawana za najlepszą kanadyjską autorkę noweli i opowiadań, Alice Munro systematycznie tworzy dzieła, w których dokładny opis relacji społecznych i głęboki rys psychologiczny łączą się z bezbłędnym instynktem używania właściwej formy ekspresji”. Jej opowiadania skupiają się na relacjach międzyludzkich w codziennym życiu. Akcja większości jej prozy osadzona jest w południowo-zachodniej części prowincji Ontario i często obraca się wobec z pozoru trywialnych i codziennych faktów i obserwacji otaczającej rzeczywistości. Bohaterowie tych opowiadań (na ogół kobiety) to antyteza literackiego heroizmu...."
W 2009 przyznano jej prestiżową Międzynarodową Nagrodę Bookera za całokształt twórczości literackiej, a w 2013 Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury.
Piętnaście opowiadań z ontaryjskiej prowincji. Pierwsze – dyrdymały o upadłym przedsiębiorcy, który stał się komiwojażerem eliksiru „z ogona mamuta i półdupków białego kreta na porost włosów i wąsów , przeciwko parchom i łysinie” zachwalanego pieśnią (s. 10):
„Na wszystkie bolączki sposob mamy/ Maści na wrzody, na łupież balsamy”
W drugim - miejscowa społeczność kombinuje, jak pozbyć się sąsiedztwa ruiny z której dodatkowo dolatuje smród kur. Jedna - odmawia podpisu petycji. Dyrdymały.
W trzecim ciotka podśpiewuje (s. 53): „Nito, Juanito, piękny księżyc zajdzie wnet”, a bohaterka – dziewczynka z ojcem, komiwojażerem z pierwszego opowiadania, wyjmuje z pułapek zdechłe piżmoszczury, a potem patrzy jak kot pije whisky. Banialuki.
W czwartym banialuki i dyrdymały; małomasteczkowy, banalny podryw. I tak do ostatniego opowiadania. Można to szumnie nazwać realizmem prowincjonalnym, ale po co, skoro specjalisci od Nobla czy Bookera juz ściśle określili, jakie wielkie wartości niesie twórczość tej drugorzędnej pisarki przesiąknietej prowincjonalnością i pozbawionej szerszych horyzontów czy też wznioslejszych przemysleń. Ewenementem jest że z całej książki nie wynotowałem choćby jednego ciekawego zdania. A nagrody niech Państwa nie zmylą, bo są uznaniem dla wieku: Booker dla 78 - letniej pisarki, a Nobel dla 82 – letniej. A Oz, Kundera i Murakami grzecznie w kolejce po Nobla stoją