Wednesday, 29 June 2016

Wacław RADZIWINOWICZ - "Creme de la Kreml"

Wacław RADZIWINOWICZ - "Creme de la Kreml" 172 opowieści o Rosji

Kilka dni temu recenzowałem Radziwinowicza "Soczi. Igrzyska Putina", no i do autora się przekonałem, o czym świadczy osiem gwiazdek. Jak zaznaczono w podtytule dostaliśmy 172 felietony, które stanowią niejednorodną kupę. Czytam, czasem się uśmiechnę, lecz potrzebę podzielenia się z Państwem odczuwam dopiero przy szóstym pt "Suchy zakon" (s. 47 - wg e-booka):
"...Car ustanowił, że chłop w takiej knajpie może pić aż do momentu, kiedy przepije wszystko i z całego przyodziewku zostanie mu tylko krzyżyk na prawosławnej piersi. Wprowadził też prawo, zgodnie z którym babie próbującej zabrać męża z knajpy, zanim ten dojdzie do stadium krzyżyka, groziło obcięcie ręki..."

Szczęśliwie do Polski to prawo nie doszło, bo ile mielibyśmy kalek. Dwa felietony dalej mamy do czego prowadzą idiotyczne przemianowania; w tym przypadku symbolu zwycięstwa nad armią niemiecką – Stalingradu na Wołgograd. I teraz sześć razy do roku Wołgograd staje się z powrotem Stalingradem, w celu uczczenia bohaterskich obrońców miasta. Kilka stron dalej poznaję słowo „PIECHTING” (s. 84):
„...Internetowe polowanie na nieuczciwych parlamentarzystów nazywa się w Rosji „piechtingiem”, od nazwiska posła Władimira Piechtina, szefa komisji do spraw etyki Dumy, który niedawno musiał ogłosić, że oddaje mandat, i pożegnał się już z parlamentem. Andriej Zajakin, znany jako bloger „doktor-z”, pracujący w Hiszpanii fizyk teoretyk, wyszukał Piechtinowi trzy nieruchomości na Florydzie, do których główny parlamentarny etyk „zapomniał” przyznać się w swej poselskiej deklaracji majątkowej...”

Przelatuję króciutkie felietony, by wreszcie trafić na rewelacyjny pt „Bieriezowski czyli człowiek, który sklecił Putina” (s. 113 -135). Absolutna bomba, a w niej dowcip:
„...Kiedy szykował się już do emigracji, zebrał dziennikarzy i opowiedział nam anegdotę: – Czym się różni Żyd od Anglika? Anglik nie żegna się i odchodzi. A Żyd żegna się, ale nie odchodzi.”

Czytając następny felieton zwijam się ze śmiechu z akcji GTO (Gotow 'k Trudu i Oboronie - gotowy do pracy i obrony) (s. 138):
„...Kiedy krajem rządzili zgromadzeni wokół genseka Leonida Breżniewa sklerotyczni starcy, naród wprowadził swoje normy GTO dla członków Biura Politycznego. Jak mówiła popularna anegdota, by zdobyć złoty znaczek, musieli wypowiedzieć 30 słów bez kartki i samodzielnie przejść 30 m...”

W kolejnym - niewiarygodna historia Nawalnego, bo trudno uwierzyć w taką swobodę działań ewentualnego konkurenta Putina. Dla czytelnika, czyli dla mnie, niespójna jest treść kilkunastu felietonów o braku wolności i zamordyzmie w Rosji z historią „swawolnego Dyzia” Nawalnego, który bezkarnie demaskuje ekipę Putina, a w tajemnice wielkich biznesów wchodzi kupując ich parę akcji. No cóż, nie każdy felieton musi mnie się podobać.
Śmieję się znowu, gdy Radziwinowicz pisze o Breżniewie (s. 154,6):
„...To prawda, że kraj popadł w zastój i letarg, a sam jego sternik w starczą niemoc. Rosjanie pamiętają o tym i czasem przy wódce, udając lektorów państwowego radia, grobowym głosem ogłaszają: „Dziś sekretarz generalny KPZR Leonid Iljicz Breżniew po długiej i ciężkiej chorobie, nie odzyskując przytomności, wrócił do pracy”.....”
W tym samym felietonie o............ (s. 155,2):
„...... o wycieczce zwiedzającej galerię, w której wisi obraz „Lenin w Polsce”. Przedstawia szałas, z którego wystają gołe męskie i damskie nogi. Jak wyjaśnia przewodnik, te pierwsze to kończyny Feliksa Dzierżyńskiego, a damskie należą do Nadieżdy Krupskiej, żony Władimira Iljicza. – A gdzie Lenin? – pytają turyści. – Przecież jest napisane, że w Polsce...”

Mam jeszcze sześć stron notatek przygotowanych do tej recenzji, lecz nie chcę być marudą, jak i odbierać Państwu zabawy w trakcie lektury. Bo do lektury zachęcam, gdyż Radziwinowicz pisze interesująco i zabawnie, a forma krótkich felietonów nie dopuszcza nudy.

Muszę jednak zaznaczyć, że podobnie jak w innych książkach Radziwinowicz używa sformułowań, które delikatnie nazwę „dziwnymi”. Np o Putinie (s. 161):
„...pracował w Dreźnie, gdzie udawał dyrektora domu kultury radzieckiej, a w rzeczywistości szpiegował...”

Nie rozumiem kogo Putin miałby szpiegować w sowieckiej strefie okupacyjnej zwanej NRD, gdzie istniały całe sowieckie miasteczka niedostępne dla Niemców, a na ulicach gęsto było od ich mundurów. Poza tym STASI funkcjonowało perfekcyjnie, więc tylko nadzór nad nim był potrzebny. Po co na własnym terenie udawać kogoś innego? Przecież wszyscy wiedzą, że pańskie oko konia tuczy.
Taki styl traktuję jako chęć przypodobania się młodym czytelnikom, a starzy jak ja, na te banialuki niech przymrużą oko.