Sunday, 19 June 2016

Andrzej KLIM - "Seks, sztuka i alkohol". Życie towarzyskie lat 60.

Andrzej KLIM - "Seks, sztuka i alkohol" Życie towarzyskie lat 60.

Nic nie wiem na temat autora, choć próbowałem się dowiedzieć. Wydedukowałem tylko (i nie wiem czy słusznie), że urodził się w latach 70., a więc lat 60. z autopsji nie zna. W przeciwieństwie do mnie, co stawia mnie w sytuacji uprzywilejowanej. Podjął się rzeczy bardzo trudnej i od razu powiem: PRZEGRAŁ! Wziął ponad sto pozycji, wykazanych w załączonej bibliografii, powyciągał z nich fragmenty i stworzył zlepek, konglomerat, bez ładu i składu.
Pierwszy, najpoważniejszy zarzut to NUDA! A przecież żyliśmy w najweselszym baraku Obozu KDL, wóda się lała, a do żadnego lokalu nocnego nie można było się dostać bez łapówki.
Mimo nagromadzenia wielu faktów i nazwisk, anegdotek jest mało, a w dodatku te podane są dobrze znane z innych wspomnieniowych książek. Po drugie – autor posłużył się wspomnieniami ludzi urodzonych głównie około roku 1930 i dlatego opisuje zdarzenia w dużym stopniu z lat pięćdziesiątych kosztem wydarzeń lat 60. których autorami byliśmy my - urodzeni w latach 40. Wykorzystuje, owszem, Młynarskiego wyrywając z otoczenia równolatków z "Hybryd" nie wspominając ani razu choćby o najpopularniejszym poecie tamtych lat Jonaszu Kofcie.
To drobiazg w porównaniu z pominięciem dwóch najsławniejszych kabaretów Jurka Dobrowolskiego: z poprzedniego dziesięciolecia "Koń" (1957 – 1959) oraz "Owca" (od 1966). Kabaretów studenckich autor nie dojrzał...
Autor wchodzi w życie znanych ludzi, przytaczając wyrywkowe opinie wykrzywiające prawdę. Nie widzę np potrzeby podawania w króciutkiej wzmiance o Heniu Melomanie, jego prawdziwego nazwiska. Ale np jestem wdzięczny autorowi za słowa dotyczące Janka i Zdziśka, bo utarta fama ich obu krzywdzi (s. 29):
" .....Maklakiewicz jest łączony w parę towarzyską z Janem Himilsbachem, bo zawodowe kontakty opinia publiczna z reguły przekłada na prywatne. Tymczasem..."
Niestety, dobrze zaczął, a źle skończył, cytując Zofię Czerwińską:
"...Grając razem. Maklak i Himilsbach nie lubili się zbytnio i na przykład w SPATiF-ie razem bywali rzadko.. Maklak uważał, że Janek go kompromituje, a Janek istotnie jak przychodził, to przeważnie kończyło się to skandalem i szlabanem...."
Jest to totalna bzdura wymagająca wyjaśnień. Lubili się i to bardzo, lecz pochodzili z tak różnych światów, że czasem woleli odpocząć od siebie. Ponadto po wyprowadzeniu się Zdziśka z Krakowskiego Przedmieścia, rzadko on tam zachodził, a Janek pozostał i brylował całe lata od „Harendy” do „Łaźni”. Po lokalach krążyli oddzielnie przede wszystkim z przyczyn finansowych, bo łatwiej "załapać się" na gorzałę indywidualnie. Dodajmy jeszcze, że ten rynsztok Jasia był na zamówienie, "elyta" oczekiwała bluzgania i wulgarności, obłudnie rżała, a po incydencie miała co komentować i opowiedzieć znajomym. Oni, snob w snoba, i megaloman w megalomana, wszyscy bez wyjątku - pijacy, zawsze traktowali Janka jak parweniusza niegodnego ich towarzystwa. Przez wiele lat znajomości z Jankiem i Zdziśkiem, widziałem, że jedyną bolesną, ale przyjmowaną z humorem drzazgą była różnica w gaży, gdy Janek za dzień zdjęciowy mógł dostać np 900 zł, to Zdzisiek jako aktor profesjonalny nawet 3 000 zł. Mit Janka czuję się zobligowany obalić, gdyż Janek nie przyniósł mnie nigdy wstydu (miał wyczucie sytuacji), a mieszkał z żoną, wielkim psem i akwarium na Górnośląskiej, w gustownie urządzonym mieszkaniu, aż przesadnie czystym.
W opisie „Kameralnej” błędy (s. 52):
„...Kameralna.... . przy ulicy Foksal 16, to trzy lokale: restauracja z dobrą kuchnią, czynna w dzień, tania jadłodajnia (w menu tylko frytki i wódka) oraz nocny lokal z wejściem od Kopernika...”
Otóż, do dziennej Kameralnej chodziło się ze względu na dobrą kuchnię lecz przede wszystkim „na stołki” czyli do baru przy którym kwitło życie towarzyskie, natomiast do taniej restauracji, a nie jadłodajni, o której się mówiło „dla węglarzy” lub „dla ubogich” wchodziło się od Kopernika (a nie do nocnej) i piło się wódkę pod dobre zakąski na stojąco w barku na dole lub konsumowało się dobry obiad na górze. Skąd się wzięły „frytki i wódka” nie mam pojęcia. Oczywiście do nocnej wchodziło się z Foksal. Warto podkreślić, że na króciutkiej ulicy Foksal mieścili się jeszcze „Dziennikarze” (dostępni dla wybranych) i zastępczo „Ściek”.
„Ściek” knajpa Związku Filmowców, normalnie mieścił się na Trębackiej i był „dopijalnią” ze względu na późne godziny otwarcia. Stamtąd o 2 w nocy, wyszedł kiedyś Maklakiewicz i został śmiertelnie pobity.
Autor trzykrotnie pisze o Dworcu Głównym (s. 58, 96, 122) w kontekście piosenki Młynarskiego, jak i alkoholowym. Nie wspomina jednak, że restauracja tamtejsza była okupowana przez studentów i praktycznie niedostępna dla podróżnych. Piwo podawano skrzynkami, a wódkę w oranżadówkach. Tam też odbyła się spontaniczna stypa po śmierci Zbyszka Cybulskiego.
Nie wiem dlaczego pominięto Marka Piwowskiego w przypomnieniu znanego happeningu z Kirk Douglasem (s. 101), a wśród kochanków Kaliny Jędrusik - Władka Komara. Jak jesteśmy przy Władku, to odnotujmy brak w książce jego kompana, Andrzeja Jaroszewicza.
No i na koniec, żenujący brak znajomości literatury. Autor sugeruje (s. 187), że związek Iwaszkiewicza z Błeszczyńskim był „platoniczny”. No comments.
Reasumując: entuzjazm przechodził mnie w trakcie lektury, a końcowe wrażenie to, że ta książka nikomu (poza autorem) niepotrzebna, bo każdy zainteresowany zna materiały źródłowe. Dodam, że zabrakło lekkości, polotu i humoru. Niewypał !!