Thursday, 2 June 2016

Jacek DEHNEL - }Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya"

Jacek DEHNEL - "Saturn. Czarne obrazy z życia mężczyzn z rodziny Goya"

Na okładce szkaradny Saturn pożerający własne dziecko. To wypada od niego zacząć. Wg mojej ukochanej "Mitologii" dr Zippera (s. 338):
"Saturnus, prastary bóg zasiewów, został później zrównany z greckim Kronosem. Opowiadano, że Kronos, utraciwszy władzę nad światem, przybył do Italii i tu sprawował rządy królewskie... ..Małżonką Saturna była Ops, bogini zasiewów... ...Później zrównano ją z Reą i Cybelą.. ..i jako matkę Jowisza czczono na Kapitolu...."
Nic nam to nie wyjaśniło, musimy więc sięgnąć po Kronosa, który aktualnie zrobił się popularny, gdy wydano intymny dziennik Gombrowicza, który pisarz omyłkowo zatytułował „Kronos” (okrutny ojciec Zeusa) zamiast „Chronos” (Czas). Otóż z podpuchy mamuśki Gai, najmłodszy tytan Kronos strącił z tronu ojca Uranosa, władcę świata. Dr Zipper pisze (s. 33):
„Odtąd zaczyna się drugi okres rządów niebian, mianowicie panuje Kronos z małżonką swoją Reą. Atoli nie doznawał on spokoju na swym wyniosłym tronie. Uranos bowiem rzucił był klątwę na zuchwałego syna i przepowiedział mu, że taki sam los, jaki on ojcu zgotował, i jemu zgotowanym będzie. Dręczony więc wyrzutami sumienia i obawiając się spełnienia przekleństwa ojcowskiego, Kronos nie chciał, ażeby potomstwo jego pozostawało przy życiu. Skoro mu się dziecię narodziło, natychmiast je połykał, i tak pochłonął już pięcioro: Hestyę, Demeterę, Herę, Hadesa i Posejdona. Ale Rea była niemniej dobrą matką od Gai i żal jej było smutnego losu dziatek. Toteż kiedy szóste z kolei dziecię na świat przyszło, podała Kronosowi zamiast dziecięcia kamień .. ..zawinięty w pieluszki....”
Jak wiemy tym dzieckiem był Zeus, który po dziesięcioletniej wojnie zwyciężył Kronosa i stał się po wsze czasy pierwszym na Olimpie. Ale ciąg dalszy nam tutaj niepotrzebny, przechodzimy więc do obrazu z okładki „Saturn pożerający własne dzieci', o którym Wikipedia informuje:
„...To dzieło należy do cyklu 14 czarnych obrazów - malowideł wykonanych przez Goyę na ścianach jego domu nazywanego "Domem Głuchego" w latach 1819–23. Zostały one sfotografowane przez Jeana Laurenta, a następnie przeniesione na płótna w latach 1874–78 przez malarza Salvadora Martineza Cubelisa. Obecnie znajdują się w zbiorach Muzeum Prado. Goya wykonał ten szczególny cykl obrazów na kilka lat przed śmiercią. Wyrażają one jego lęk przed starością i samotnością, są również satyrą rodzaju ludzkiego i państwa hiszpańskiego... ....Według Freuda temat Saturna jest powiązany z melancholią i destrukcją, tematyką typową dla całego cyklu czarnych obrazów..."
To jeszcze krótko o popularnym autorze Jacku Dehnelu z mojego punktu widzenia: intelekt, kultura, jednym słowem najwyższa półka, a jego książki wyceniłem następująco: „Balzakiana” – 10 gwiazdek. „Matka Makryna” – 9, a „Lala” - 7.
No i wreszcie o samej książce, o której tyle napisano, że aż nudno. Wybrałem dla Państwa kwintesencję z recenzji Pani Profesor Marii Poprzęckiej:

„...Książka jest językowym majstersztykiem. Ale wielbiciele staroświeckich wdzięków i smaczków „Lali” nie poznają Dehnela. Samcze sprośności i grube wulgaryzmy Francisca, obleśne eufemizmy Javiera, obrzydlistwa piętrzące się w opisach malowideł - wygrzebane w polszczyźnie czy wymyślone? Popisem pisarskiego kunsztu są opisy „Las pinturas negras”. Wplecione pomiędzy głosy mężczyzn z rodziny Goya nie są tylko werbalnym ekwiwalentem wyobrażeń. Skoro to Javier je namalował, to on o nich mówi. Jego rozedrgany bólem krzyk słyszymy w opisie najokrutniejszego z czarnych malowideł „Saturna”. Tu odtrącony, lekceważony syn, „klucha”, daje upust swojej nienawiści do ojca: „Machniesz ze dwa portrety, kupisz kawał ziemi, pożresz czterodaniowy obiad, upolujesz kilka kuropatw i zająca, wyryjesz bardzo elegancki »Kaprys «, wyłomoczesz pokojówkę, a zaraz po niej czarnulkę z oberży, która pozowała ci do świętej dziewicy (...) a po drodze wypijesz w locie filiżankę czekolady i naszkicujesz głowę perliczki do martwej natury - i już wracasz, ujeżdżasz czarnulkę, odgryzasz mi drugie ramię ”.
Tak więc to sam Goya jest pożerającym własne potomstwo Saturnem. Syn zaś - jego niedotrawioną wymiociną, wyplutą tak, „jakby nic mu nie było pisane”. Jednak temu wyplutemu przez potężne bóstwo staremu dziecku Saturna było pisane stworzenie wielkiego dzieła. Namalował „Las pinturas negras” - bodaj najbardziej przerażające obrazy, jakie zna sztuka europejska.
Tak przekonuje nas książka Jacka Dehnela....”
Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75410,9216245,Nazywam_sie_czern.html#ixzz4AOs4UMR7
Te „Las pinturas negras” to tytułowe „Czarne obrazy” (wśród nich „Saturn pożerający własne dzieci”), których stworzenie Dehnel przypisuje (za Juanem Jose Junquerą) Javierowi. Warto podać co Wikipedia mówi na ten temat:
„Autorstwo czarnych malowideł przez wiele lat nie było podważane. W 2003 roku profesor sztuki Juan Jose Junquera przedstawił teorię wskazującą Javiera, syna Goi, jako autora czarnych obrazów. Javier miał je namalować naśladując styl ojca, aby podnieść wartość domu po śmierci artysty. Wiadomo jednak, że ściany Domu Głuchego pierwotnie pokrywały malowidła przedstawiające wesołe scenki bukoliczne, dlatego zamiana na depresyjne i miejscami makabryczne czarne obrazy raczej nie pomogłaby w sprzedaży.... ... Junquera jest w swojej teorii bardzo odosobniony... ...Nie ma również dowodów na to, że syn Goi był malarzem. Nie zachował się żaden obraz z jego podpisem, a on sam utrzymywał się z posiadanej ziemi, pracował jako skarbnik oraz zajmował się spuścizną artystyczną ojca...."
Wydawało by się, że wszystko co najistotniejsze o arcydziele Dehnela zostało powiedziane, a tymczasem ja chcę podzielić się wątkiem interpretacyjnym, który niejako znalazł się na uboczu. W tym celu proszę zapomnieć, że książka jest o wielkim Francisco Goi, a że porusza odwieczny problem autorytarnego ojca, jego oczekiwań i nadziei związanych z synem, o pogardzie i nienawiści do niego, gdy pokładanych nadziei nie spełnia, w rezultacie do wyrażania obrzydzenia nim i vice versa, do negatywnych uczuć syna począwszy od żalu, poczucia wzgardy i niedowartościowania, aż po zaprzestanie uznawania autorytetu ojca i wywyższania się nad niego.
Aby to wykazać wybrałem parę cytatów (numeracja stron wg e-booka). Zaczyna się od radości ojca i marzenia (s. 9,3):
„...wychować syna na prawdziwego mężczyznę...”
Któż by nie chciał? Najpierw euforia (s. 21,3):
„....ech, najpiękniejsze chwile, kiedy widziałem, jak stawał się wierną kopią swego własnego ojca, ba, jego, czyli moim, arcydziełem...”
Pierwsze symptomy zawodu (22.1):
„..a jednak nie było w nim geniuszu; czułem to niemal od początku, ale oszukiwałem się, że coś z niego jeszcze wyrośnie; gdzie tam. Do gadania, paplania o pigmentach, o farbach to był pierwszy – ale kiedy miał się zabrać do płótna, do kartki, taki był grymaśny, nieśmiałym, a że się wstydzi, a że nie umie, a to, a tamto; aż zdawało mi się czasem, że robi to specjalnie, na złość, to zrugałem go kilka razy, huknąłem porządnie, jak na chłopaka, to się potem porobiło gorzej nawet. Nie chciał ze mną malować, nie chciał przychodzić do pracowni, coraz bardziej był gnuśny i mrukliwy. Nie wiem, skąd mu się to wzięło, z pewnością nie po mnie. Wychodzi, że po matce...”
Ostatnie słowa brzmią aż groteskowo! Dehnel już na pierwszych stronach sygnalizuje stosunek ojca do syna (s. 17,6):
„..ta dupa Javier, który do niczego się nie potrafi zabrać, leży tylko jak larwa, jak kawał tłustego mięsa w brytfannie, w zakrzepłych sokach, nie chce mu się do mnie przyjechać, nie chce mu się przenieść przez Pireneje tego spasionego tyłka....”
Znowu się rozpisałem więc tylko dwa cytaty. Proszę Państwa, Dehnel młody, a zna życie co widać w scence, którą każdy zna z najbliższego otoczenia (s. 34):
„.. przekonywał ojca, żeby wysłał mnie do zagranicznych szkół, ale ojciec powiedział krótko: „Javier to malarz. Urodzony malarz. Ma to po mnie. Wszelka nauka poza nauką malowania to dla niego strata czasu..”

No i sytuacja znów groteskowa. Ojciec ogląda obraz nieudacznika (w jego mniemaniu) syna (s. 120):
„...Tylko ten czarny koń z lewej to już naprawdę… zaraz – sięgnąłem po paletę, rozrobiłem trochę ugru, trochę ciemnego granatu, trochę czerni kostnej, i poprawiłem mu ten dziwny garb. No. I jeszcze trochę.”
Rano syn przygląda się efektowi swojego wczorajszego natchnienia:
„... Ubrałem się porządnie i już w surducie poszedłem do pracowni. Obraz jak obraz. Nic specjalnego. Przyjrzałem się tylko czarnemu koniowi w lewym rogu – jak ja mogłem coś takiego puścić? Zawinąłem tylko rękawy i ostrożnie, żeby nie kapnąć farbą na ubranie, poprawiłem konia, dziwnie płaskiego. No. I jeszcze trochę.”
Powyższa interpretacja ma logiczne zakończenie w podszywaniu się nieudacznika pod genialnego, nieżyjącego już ojca.
Na pochwały brak mnie słów. Duże wydarzenie literackie, a książkę po prostu trzeba przeczytać.