Sunday, 19 February 2017

Maria PARADOWSKA - "Polacy w Meksyku i Ameryce Środkowej"

Maria PARADOWSKA - "Polacy w Meksyku i Ameryce Środkowej"

Maria Teresa Paradowska (1932 – 2011) - profesor nauk humanistycznych, historyk, etnolog i etnograf. Na LC znajduję jej cztery książki - opinii 0, wprowadzam omawianą wraz z opinią, doprowadzając do stanu 5 książek - 1 opinia.
We „Wstępie” czytam (s. 6):
„Jak dotychczas bowiem nie ma w naszej literaturze całościowego opracowania zagadnień związanych z podróżami czy też pobytem stałym Polaków na obszarach Meksyku i Ameryki Środkowej. Napisane dotąd artykuły czy książki dotyczą bądź pewnego okresu działalności polskiej w jednym z krajów środkowoamerykańskich lub w kilku z nich, bądź zajmują się poczynaniami jednego z Polaków na tych terenach, czy wreszcie całością losów Polaków, ale tylko w jednym z tych krajów....”

Bardzo skomplikowane te przedstawione opcje, a mnie tymczasem dręczy „głupie” pytanie: czy wspomniane „całościowe” opracowanie jest potrzebne, a jeśli tak, to czy akurat ta praca może ten wydumany problem rozwiązać? Tym bardziej, że w przypisie znajduję (s, 345):
„Po zakończeniu pracy, w czasie przygotowywania jej do druku, ukazała się książka pod red. M. Kuli, „Dzieje Polonii w Ameryce Łacińskiej, Wrocław 1983, z której materiały nie mogły już zostać uwzględnione w niniejszym opracowaniu”.

Nie ze mną te numery Brunner!! Na D W A L A T A przed omawianą ukazuje się publikacja Kuli. Autorka wypisuje dyrdymały, że nie mogła tej pracy uwzględnić w swoim opracowaniu, bo to taka łaźnia Augiasza. Przecież to jest odwracanie kota ogonem, bo ze swojej publikacji po prostu należało zrezygnować. Co, poza osobistą ambicją autorki, przemawia za tą zbędną publikacją?? Znam przypadek w mojej dziedzinie (chemii), gdy młody doktorant opisujący swoje wieloletnie eksperymenty w zamkniętej już pracy doktorskiej, znalazł maleńką wzmiankę w Chemical Abstracts i barwnie opisane efekty żmudnych doświadczeń wyrzucił do kosza. No tak, tu inaczej, bo kontrakt na 15 000 egzemplarzy jest nęcący,

OK. Popatrzmy co za arcydzieło powstało? Indeks nazwisk zawiera grubo ponad 700, co daje ponad dwa nazwiska na stronę. Ta kwestionowana przeze mnie chęć napisania o wszystkim spowodowała zagęszczenie imion własnych, jeden wielki galimatias, w którym czytelnik zapomina co i po co czyta. To pisanie o wszystkim powoduje, oczywiście, karykaturalne zubożenie konkretnych haseł, co wykazuję jedynym fragmentem o Andrzeju Bobkowskim, wspaniałym pisarzu i przyjacielu Giedroycia (s. 175):
„...A n d r z e j B o b k o w s k i polski pisarz emigracyjny, który przyjechał z Paryża do Gwatemali, ożenił się tu i założył przedsiębiorstwo importu modeli latających. Chwile wolne poświęcał pisarstwu podobno pracował nad powieścią o losach Polaków w Gwatemali. Czuł się Polakiem, ale Gwatemalę traktował jako swoją ojczyznę”

A wystarczyło zajrzeć do Encyklopedii a obecnie Wikipedii:
„..W 1949 w sklepie niemieckiego biznesmena, Bobkowski założył warsztat modelarski, a następnie otworzył własny interes – Guatemala Hobby Shop, przemianowany później na Almacen Supermodelos. Zgromadził wokół siebie grono młodych entuzjastów modelarstwa i założył klub modelarski. W 1954 Bobkowski brał udział w światowych zawodach modeli latających w Stanach Zjednoczonych. W 1956 przyjechał na zawody do Szwecji, ale odwiedził także Szwajcarę Niemcy i Francję....
…..W 1957 nakładem Instytut Literackiego w Paryżu ukazały się 'Szkice piórkiem', okupacyjny dziennik Bobkowskiego. Za opowiadanie 'Spadek' pisarz dostał literacką nagrodę londyńskich „Wiadomości”... Zapisy z owych czterech lat i trzech miesięcy wojny, wydane w 1957 r. przez Instytut Literacki pod tytułem 'Szkice piórkiem. Francja 1940-1944' to jedna z najwybitniejszych pozycji XX-wiecznej polskiej diarystyki, całe zaś fragmenty dziennika to po prostu znakomita proza..."

Powyższe dowodzi ignorancji profesor Paradowskiej, bo Bobkowskiego nie znać przez jej pokolenie - to wstyd. Plan wydawniczy nobliwe Wydawnictwo (Zakład Narodowy im. Ossolińskich) wykonało. A, jeszcze dodam. Książka całkowicie pozbawiona lekkości, humoru, tak poważna, że po lekturze tylko się powiesić. Pamiętam czasy, kiedy nieodżałowany (nieodżałowany, bo po antysemickich wydarzeniach 1968 roku, moim Dziekanem, cieszyli się już studenci w Marsylii, a nie w W-wie), prof. Józef Hurwic, sadzał dr hab. B. trzymającego kręcące się koło rowerowe, na kręcącym się stołku, wszyscy się radowali i zapamiętali siły Coriolisa do końca życia. Najtrudniejszą wiedzę można przekazywać lekko i przyjemnie. Ale nie każdy ma ten talent.