Wednesday, 30 March 2016

Robert MUCHEMBLED - "Dzieje diabła"

Robert MUCHEMBLED - "Dzieje diabła
od XII do XX wieku"

Muchembled (ur. 1944):
"In 1986 he became Professor of Modern History at Paris 13 University. He has written notably about witchcraft. violence and sexuality. Some of his works have been translated into English, German, Spanish, Italian, German, Dutch, Modern Greek, Turkish, Chinese and Japanese.." (Wikipedia)
Kopiuję w języku angielskim, bo w polskim zero informacji poza udowodnieniem przydatności słowa "osnowa". Wszystkie znalezione źródła, łącznie z okładką, różnią się nieznacznie stylistyką, a łączy je miłość do "osnowy". Podaję wersję okładkową:
"...kształtowanie się kultury Zachodu.. ..na osnowie stosunku do problematyki szatana.... Osnowa rozważań jest tu figura szatana..."
Zwracam uwagę, że tytuł zapowiada historię diabła, a nie szatana. W takiej sytuacji polecam najciekawszy artykuł pod adresem: adelfos.republika.pl/katalog_nauka/szatan.htm , a ja kopiuję krótką ocenę z onetu: zapytaj.onet.pl/.../2,6192681,Czym_sie_rozni_szatan_. :
"Słowo satan w j. hebr. znaczy "przeciwnik" (i w tym sensie może odnosić się do ludzkich nieprzyjaciół na przykład na wojnie, albo nawet do adwersarzy w poglądach) oraz "oskarżyciel". Samo w sobie słowo to nie musi oznaczać od razu negatywnej oceny. Gdy Anioł Jahwe stanął na drodze Bileama, aby nie pozwolić mu na rzucenie przekleństwa, stał sie dla niego szatanem. Oskarżenie również może być słuszne, a zatem oskarżyciel nie musi być kimś złym, tylko dlatego, ze oskarża. Natomiast greckie diabolos, będące przekładem hebr. satan, zawiera już jednoznaczną ocenę.
Diabolos to nie tyle oskarżyciel, co oszczerca. Słowo diabolos pochodzi od czas. dia-ballein (dzielić, rzucać kłody). Diabeł jest tym, który próbuje oddzielić Boga od człowieka..."
Przygotowany do lektury, z trudem przebrnąłem przez pokrętny wstęp, by doznać szoku czytając tłumaczenie, dlaczego autor zaczyna swoje rozważania dopiero od wieku XII (s. 14):
"Szatan pojawia się w całym swym majestacie w późnym okresie rozwoju kultury Zachodu. Poszczególne elementy obrazu demona były obecne od dawna, ale dopiero w wieku XII lub XIII zajęły decydujące miejsce w wyobrażeniach i praktykach, by pod koniec średniowiecza złożyć się w jeden przerażający i natrętny zbiór wyobrażeń..."
Dlaczego dopiero wtedy tj ponad 1200 lat po narodzeniu Jezusa, akurat po soborze laterańskim (1215) ? Bo jest to czas wielkiej ekspansji chrześcijaństwa. Przypomnijmy, że ten sobór, zwołany przez Innocentego III dał podstawy do powołania i n k w i z y c j i i ustanowił:
"Ekskomunikujemy i rzucamy anatemę na każdą herezję podnoszącą się przeciw świętej, ortodoksyjnej, katolickiej wierze, którą wypowiedzieliśmy powyżej..."
W pierwszym tysiącleciu Kościół miał inne priorytety. Musiał oczywiście w sporach doktrynalnych zajmować się walką Dobra ze Złem, by stworzyć (s. 15) "system teologiczny zdolny do stanowienia przeciwwagi dla systemów pogańskich, gnostyckich czy manichejskich". Na soborze w Nicei (obecnie Iznik w Turcji) w 325 r, oprócz słynnego wyznania wiary, pogoniono zwolenników Ariusza, co służyło konsolidacji Kościoła, a ponad 100 lat później w 447 na soborze w Toledo opisano diabła (s. 23)...:
".....jako istotę wielką i czarną, rogatą, pazurzastą, z oślimi uszami, z roziskrzonymi oczyma i zgrzytająca zębami, wyposażoną w dużego fallusa i wydzielającą siarczany odór..."

Ustalenia teologiczne nie przekładały się na rzeczywistość, w której było wiele różnorodnych potworów. Efektywna władza dyscyplinuje ludzi strachem, który w przypadku władzy cesarsko – papieskiej, najłatwiej utrzymać przy pomocy mocy piekielnych. Tymczasem... (s. 27):
"Aż do XII wieku świat był nazbyt wypełniony czarami, aby Lucyfer mógł wypełnić całą przestrzeń strachu, obaw i niepokoju. Nieszczęsny diabeł miał zbyt wielu konkurentów, by mógł sprawować władzę niepodzielną..... .Czas energicznej ofensywy chrześcijańskiej, zmierzającej do nauczenia czytania świata w barwach czarnych i białych, miał jednakowoż nadejść...... ..Począwszy od XIII wieku postać diabła nabierała w istocie coraz większego znaczenia..... ...Lucyfer urósł w siłę w momencie, gdy Europa dążyła do większej spójności religijnej i wynalazła nowe systemy polityczne, jako preludium do ruchu, który w XV wieku pchnął ją daleko do przodu, na podbój świata...”
Nauczany w szkole o zmaganiach Polski z Zakonem Krzyżackim i indoktrynowany twórczością Henryka Sienkiewicza, ostatnie zdanie cytatu muszę nazwać infantylizmem. Jak wynika z cytatu konkurencję chrześcijańskich diabłów należy wykosić (s. 36):
„Chociaż nigdy nie udało się ostatecznie wyplenić wierzeń ludowych, podjęto ofensywę zmierzającą do oczyszczenia życia i wiary przeciętnych chrześcijan...”
Cel uświęca środki, więc pomińmy drobiazg, że „oczyszczani” często nie wiedzieli nawet, że są chrześcijanami. Najważniejsze, że wprowadzenie jednego, ściśle określonego diabla i piekła, czyli (s. 31) (wg cytowanego Bascheta):
„....”satanistyczne” decorum.. ..prowadzą do posłuszeństwa religijnego oraz do uznania władzy Kościoła i państwa, cementując zarazem ład społeczny poprzez odwołanie się do rygorystycznej moralności..”
Przekładając na język dla każdego zrozumiały, Kościół wymyślił wszystkie dyrdymały o diable i piekle, by strachem przed nimi, krótko za mordę lud trzymać.
A co z książką? Autor diabła ucieleśnia i bardzo dużo pisze o wykorzystaniu go w straszeniu przed, nazwijmy to - wolnym seksem. Ponieważ jestem w tej materii oczytany od ponad 50 lat, to wynudziłem się niemożebnie. A i poza seksem, niewiele mnie książka dała, bo większość rewelacji była mnie znana, a bez tego czego nie znałem, też mnie się dobrze żyło. Jeszcze przegląd filmów, które również w większości znałem, bo w młodości należałem do dwóch klubów filmowych. A obecne sensacyjki o zwiększonym popycie np. we Francji na egzorcystów są rodem z prasy brukowej.
Zamiar autora nieprzemyślany, bo jeśli ta książka miała bawić, to brak jej polotu, a jeśli miała temat traktować poważnie, to dlaczego pominięto dzieła myślicieli i filozofów? OK, nie każdy zna się na filozofii, ale co z literaturą? Wspomniał o dziesiątkach książek nieistotnych, a pominął dwie pierwszoplanowe: „Władcę much” Goldinga i „Demon i Panna Prym” Coelho. Szczególnie tej pierwszej, niewątpliwie wybitnej, nie mogę wybaczyć