Sunday, 20 March 2016

Katarzyna GROCHOLA - "Zielone drzwi"

Katarzyna GROCHOLA - "Zielone drzwi"

Grochola (ur. 1957), inteligentka dostała ode mnie różne oceny, które przypominam w porządku chronologicznym: "Przegryźć dżdżownicę" (1997) - gwiazdek 3; "Upoważnienie do szczęścia" (2003) - gw. 7; "Trzepot skrzydeł" (2008) -6; "Houston, mamy problem" (2012) - 10. Ta omawiana jest z 2010, to winna zasłużyć na 8 – 10.
Ale pojawia się problem, bo to jest podobno autobiografia, w dodatku atrakcyjnej „małolaty”, bo młodszej ode mnie o - drobiazg! - czternaście lat, przeto z każdym słowem trzeba uważać, by granic dobrego smaku nie przekroczyć.
Tak czy siak lubić ją trzeba, bo wprowadza czytelnika w dobry nastrój od samego początku, choćby taką uwagą na temat zabaw dziecięcych (s, 15):
„...grałyśmy w gumę i na dwie skakanki, co można dzisiaj zobaczyć wyłącznie w amerykańskich filmach, których akcja dzieje się w dzielnicach murzyńskich...”
Inteligentna od dziecka była, toteż po przeczytaniu van de Velde „Małżeństwo doskonałe” konstatowała (s. 36):
„..Seks - rozumiałam, miłość - rozumiałam, ale co ma seks do dzieci - nie mogłam tego ani w ząb pojąć bardzo, bardzo długo..”
Wspomnienia ze szkoły bawią i uświadamiają, że chodziliśmy do szkół w drastycznie różnych epokach. Niby tylko 14 lat różnicy, a Grochola wypisuje historie dla mnie niepojęte. Trudno się dziwić, bo ja w epoce stalinizmu skończyłem podstawówkę, a pod koniec tegoż roku mieliśmy Polski Październik z Gomułką i odwilż, a Grochola rok później się dopiero urodziła. Ja w czasie „wczesnego” Gomułki dostałem się na studia, które skończyłem w pamiętnym marcu 1968, i to był koniec mojej szumnej młodości, a Grochola dopiero za Gierka poszła do liceum.
Analiza porównawcza naszych szkolnych wspomnień, a w tym zachowań nauczycieli, byłaby ciekawym dokumentem przemian w PRL-u i ewolucji ludzkiej mentalności..
Wspomnienia matury Grocholi nie komentuję, bo wydaje się niemożliwe by wymagania tak dalece się obniżyły. Chyba to żart. Od strony 137 zaczyna życie dorosłe, równie ciekawe co młodość.
Ironiczne i zabawne gawędzenie sprzyja szybkiemu czytaniu i ponownie stwierdzam, że ten rodzaj humoru przypomina mnie najlepsze książki mojej ulubionej Joanny Chmielewskiej.
Nie ma sensu dalsza analiza, skoro podsumowanie walorów książki samo się narzuca: inteligentna autorka, dobre pióro, umiejętność krytyki innych, a przede wszystkim śmiania się z samej siebie, no i wątki autobiograficzne podane z taktem i życzliwością w stosunku do innych.
Nobla za nią nie dostanie, a mimo to na 9 gwiazdek zasługuje. Nie 10, bo ja z innej epoki, a więc czasem mam inne poczucie humoru.