Sunday, 6 April 2014

Mariusz SZCZYGIEŁ - GOTTLAND

Mariusz  SZCZYGIEŁ  -  „Gottland”

GOTTLAND  -  od  Karela  Gotta,  ktory  dla  mojego  pokolenia  był  socjalistycznym  ELVISEM  PRESLEYEM.

Gdzieś  mnie  umknął  ten  Szczygieł  i  choć  słyszałem  o  zdobytych  przez  niego  licznych  prestiżowych  nagrodach,  to  /wstyd  przyznać/  dopiero  teraz,  tj  w  kwietniu  2014  r.  zaczynam  go  czytać.  I  z  tej  właśnie  przyczyny,  nie  będę  piał  peanów,  na  jakie  niewątpliwie  zasługuje,  bo  byłoby  to  nudne.  Postanowiłem  nadać  mojej  opinii  charakter  refleksji,  jakie  nachodzą  mnie  po  każdej  jednej  powiastce.    

I  tak  zaczynamy  od  FASCYNUJĄCEJ   historii  imperium  Bata, a  tam  credo  funkcjonujące  i  obecnie  w  Stanach  Zjednoczonych:

Bierzmy  pracę,  jaką  dają,  pracę  za  każdą  cenę.  Uznajmy,  że  przyjmowanie  zasiłków  jest  hańbą.  Zasiłek  nie  jest  przejawem  człowieczeństwa,  to  jest  zabicie  duszy  człowieka.  To  jest  korumpowanie  słabych”.

Dodałbym  jeszcze  kwestię  wstydu  ze  znalezienia  się  wśród  nieudaczników,  stanowiących  circa  8%  ogółu  chętnych  do  pracy.  Spotkałem  się  z  tym  w  czasie  kryzysu – w 1990 r.,  w  Toronto,  gdy  mój  sąsiad,  pochodzący  z  białostockiego,  odmówił  przyjęcia  „welfare’a”,  ze  wstydu  przed  żoną  i  dziećmi.  Co  do  historii  „amerykańskiego  kapitalizmu”  w  Czechach,  naszło  mnie  pytanie:  czy  Bacie /!! co  na  to  prof. Miodek?/  udałoby  się  w  Polsce ?  Mam  wątpliwości,  choćby  ze  względu  na  tkwiącą  w  pamięci  „Ziemię  Obiecaną”.

Epitafium  dla  aktorki  Lidy  Baarovej,  kochanki  m.in. Goebbelsa,  jest  dla  mnie  kompletnie  NIEZROZUMIAŁE,  ze  względu  na  zakończenie:

„...ci,  którzy  doprowadzili  ją  do  upadku,  byli  tylko   mężczyżnami”.

A  kim  mieli  być?  Bo,  jeśli  kobietami  to  z  zazdrości...  Lecz  przede  wszystkim  - JAKI  UPADEK?  Luksusowe  długie  życie,  nawet  w  wieku  83 lat  miała  troszczącego  się  o  nią  52-letniego  abstyfikanta,  „chadzała  na  swoją  prywatną  plażę  nad  jeziorem”,  a  jedynym  jej  problemem  było,  że  „nie  umiała  gotować,  ani   sprzątać”. Nawet  niechęć  Hitlera  to  ZALEDWIE  nakaz  opuszczenia  Pragi  na  trzy  dni,  w  czasie  wizyty  tam  Goebbelsa.  A  wyjście  z  praskiego  więzienia  kochanki,  nie  tylko  faszystów,  lecz  i  amerykańskich  agentów   jest  ewenementem  /żeby   nie  powiedzieć,  że  wzbudza  we  mnie  dziwne  podejrzenia/.  I  ta  pani  przekazana   władzom   Czechosłowacji,  gdyż  „znalazła   się  na  liście  przestępców  wojennych”,  zostaje  zwolniona  z  więzienia,  gdyż..

„...śledztwo  wykazało,  że  kontaktowała  się  z  nazistami  wyłącznie  w   sprawach  kariery”. 

Niespójne  to  jest  z  obrazem  „komunistycznych  więzień”,  jaki  staramy  się  wcisnąć  młodym  /jak  pan   Szczygieł/,  lecz  również  z  moją  pamięcią  i  losami  wielu  niewinnie  aresztowanych,  które  znam  z  autopsji.  Mało  tego:  w  areszcie  śledczym  odwiedza  ją   NIEZNANY  jej  Kopecky,  tóry  chwilę  póżniej,  organizuje  ucieczkę  ich  do  Austrii.  Ewentualne  tłumaczenie,  że  było  to  przed  komunistycznym  puczem  1948 roku  nie  wydaje  mnie  się  być  wiarygodne.  Tak,  czy  inaczej,  kobieta  sukcesu,  wielkich  pieniędzy  i  licznych  kochanków,  która  zawsze  spadała  na  cztery  łapy.  To  o  jakim  upadku  mowa?  Również  jej  koleżanka  Mandlowa,  kochanka  hitlerowskiego  ministra Franka,  wyszła  cało  z  więzienia.  Dziwny  to  kraj,  dziwni  ludzie,  a  zdziwienie  pogłębia  fakt,  że  to  tam  doszło  do  pierwszej  zagłady  CAŁEJ  WSI   w  1942 r,  za  zgładzenie Heydricha/.

Jeszcze  pozostaje  sprawa  Polski.  Szczygieł  pisze o 

kraju,  który  został  ograbiony  z  ziemi  przez  sąsiadów,  w  tym  Polskę”

- w  kontekście  sugerującym  czas  końca  wojny,  a  przecież  wtedy  nie  mieliśmy  nic  do  powiedzenia.  Wypada  dopowiedzieć,  że  chodzi  o  aneksję  Zaolzia  w  ramach  kooperacji  z  Hitlerem.

Teraz  tragiczna  historia  Otokara  Sveca,  autora  największego  pomnika  Stalina.  ŚWIETNIE  przedstawiony  strach  przed  odpowiedzialnością,  choć  mnie  naszła  refleksja,  że  rzeżbiarz  szukał  zapomnienia  w  alkoholu i  dziwkach,  a   NAWET  NIE  SPRÓBOWAŁ  skorygować  obliczeń  dotyczących  wytrzymałości  podstawy  pomnika.

Z  kolei  historia  pisarza  Jana  Prohazki  przypomina  klimat  „Zniewolonego  umysłu”  Miłosza. To  samo  dotyczy  przedstawionego  dalej  Eduarda  Kirchbergera  vel  Karela  Fabiana.  I  tu  zaczyna  się  NAJCENNIEJSZA  CZĘŚĆ   GOTTLANDU  przedstawiająca  KONFORMIZM  zdecydowanej  większości  społeczeństwa  /podobnie  jak  w  Polsce/  oraz  wiarę  istotnej  części  społeczeństwa  w  ideologię  komunistyczną  /przeciwnie  niż  w  Polsce/.

Medialnie  ciekawe  są  ceny  kariery  tuzów  muzyki  rozrywkowej,  w  tym  najpopularniejszych  w  Polsce:  Gotta  i  Vondraczkowej,  lecz  PERFEKCJĘ  SZCZYGŁA  odnajduję  w  naświetleniu  atmosfery,  przeszłej  i  terażniejszej,  wobec  KARTY  77  i  ANTYKARTY.  Niesie  to  niesamowitą  wartość  poznawczą.

Jeszcze  krótki  szkic  pt „Kafkarnia”,  z  którego  dowiedziałem  się  szczegółow  o  powieści  Radoslava  NENADALA  „Tędy  chodził  K”  oraz  końcowe  opowiadanie  o  samospaleniu,  podane  w  interesującej  formie.


Reasumując:  NIEZWYKLE  CIEKAWA  LEKTURA  zachecająca  mnie  do  innych  książek  tego  NIEZWYKLE  UTALENTOWANEGO  reportażysty  /małymi  literami,  bo  wydaje  mnie  się,  że  nie  jest  to  słowo  adekwatne  do  określenia  całości  talentu  Szczygła/.