Tuesday, 15 April 2014

Mario VARGAS Llosa - "Listy do młodego pisarza"

Mario  Vargas  LLosa  -
                              Listy  do  młodego  pisarza”

BUFON!!!  Nim  ocenię  książkę  kilka  uwag  o samym  autorze. Dzięki  skandalowi  obyczajowemu,  który  notabene  własnoręcznie  opisał, umiejętnej  samopromocji,  uwikłaniu  w  politykę,  szwendaniu  się  po  całym  świecie  i  niespodziewanej  Nagrodzie  Nobla  stał  się  popularny,  ale  z  miejscem  w  panteonie  już  gorzej,  bo... 1.  na  liście  Le  Monde  go  nie  ma;  2.  Czytelnicy  „lubimy  czytać”  słabiutko  oceniają  jego  „arcydzieła” -  najlepsza  nota  7,75  dla  „Rozmowy  w  Katedrze”  /Sądzę,  że  ta,  i  tak  wysoka  nota  jest  spowodowana  analogią  opisywanych  wydarzeń  w  Peru,  i  w  Polsce/. A,  i  jeśli  ktoś  twierdzi,  że  w  2010 r.  brano  Vargasa  pod  uwagę  w  przymiarkach  do  Nobla,  to  kłamie.  Dopiero  po  przyznaniu,  wszyscy  zaczęli  zgodnie  piać,  że  świetny  wybór.
No  tak,  a  KUNDERA  i  inni  będą  czekać  „ad  usranem  mortem”.  Acha,  żeby  było śmieszniej,  spójrzmy  na  pokrętne  uzasadnienie  nagrody:  

za  „kartografię  struktur  władzy  oraz  wyraziste  obrazy  oporu,  buntu  i  porażek  jednostek”.

Vargas  pisze  w  tej  książce  m.in.  o  formie,  no  to  przypatrzmy  jaką  sam  wybrał.  A  wygodną,  bardzo  wygodną,  bo  bezdyskusyjną.  Wielki  Człowiek, Święty  Augustyn  napisał  „Dialogi  filozoficzne”,  by  wyrazić  nieustanną  walkę  z  własnymi  myślami,  a  Pan  Vargas  „Listy....”,  o  charakterze  wykładu,  na  zasadzie  „jak  wół  pierdzi,  to  obora  słucha”.  Tylko  czego  tu  słuchać:  str.11:
„Życie  opisane  w  powieściach,  zwłaszcza  najlepszych,  nigdy  nie  jest  tym,  które  n a p r a w d ę  było  udziałem  ich  autorów,  czytelników,  miłośników;  jest  fikcją,  którą  autorzy  wymyślili,  wykreowali  sztucznie...”

Naprawdę?  Wprawdzie  z  takiej  stylistyki,  nie  mogę  się  domyślić  co  się  dzieje  z  życiem  w  powieściach  „nienajlepszych”,  ale  i  tak  jest  to  odkrycie  epokowe.  I  tak  całe  121  stron:  BANIALUKI,  TRUIZMY,   no  i  popisywanie  się  erudycją,  polegające  na  rzucaniu  autorami  i  książkami  nikomu  nieznanymi,  oraz  płynący  szerokim  strumieniem  NARCYZM /”och,  jaki  ja  mądry”/,  przypominający   samouwielbienie  Umberta  ECO  w  „Dopiskach”  do  „Imienia  Róży”  /gdzie  Eco  mierzył  się  z  Joycem/.


Ku  ogólnej  radości  powiem,  że  nawet  o  soliterze  klepie  dyrdymały,  bo  ja  go  50 lat  temu  miałem  i  wcale  nie  chudłem.  A  poważnie,  to  polecam  nieporównywalnie  ciekawsze  „Dzienniki”  Gombrowicza,  gdzie  rozważania  nad  „formą”  są  pierwszej  klasy.