Saturday, 5 April 2014

Dorota MASŁOWSKA - "Kochanie, zabiłam nasze koty"

Dorota   MASŁOWSKA  -  „Kochanie,  zabiłam  nasze
                                                 koty”

ABSOLUTNIE  GENIALNA!!  Na  okładce  wychwala  ją  Sławomir  MROŻEK.  I  słusznie,  pewnie  przewidział  rozwinięcie  się  talentu  przewyższającego  krajowych  mistrzów  egzystencjalizmu  i  absurdyzmu,  czyli  Gombrowicza  i  jego  samego.  Czym   ich  przerosła ?  Wyjściem  z  „polskości”,  z  polskich  opłotków,  w  których  oni  tkwili  „po  uszy”.  Gombrowicz,  na  dalekiej  emigracji,  nie  potrafił  zapomnieć  o  „sprawach  polskich”,  a  Mrożkowi,  najlepszy  przyjaciel -  Jan  Błoński,  radził  wracać  do   kraju,  bo  bez  jego  atmosfery,  nie  jest  on  w  stanie  efektywnie  tworzyć.

Za  sprawą  tej,  właśnie  omawianej  książki,  weszła  do  kręgu  Sartre’a,  jak  i  Ionesco,  Becketta, Jarry’ego.  Ale,   to  nie  wszystko.  Czułem,  że  nie  mogę  uchwycić  przyczyny  swojego  zachwytu  nad  jej  pisaniem.  Dlaczego  już  na  pierwszych  stronach  tej  książki  zwijam  się  w  paroksyzmach  śmiechu?   I  nagle  przyszło  olśnienie:  toć  to  humor  z  najlepszych  kawałków  Joanny   Chmielewskiej.  A  więc  perfekcyjne  połączenie   Mrożka, /jak  i Różewicza/,  Gombrowicza  i  Chmielewskiej.

I  tu  konieczna  dygresja  na  temat  tworzenia  „literatury  popularnej”  przez  ludzi  wielkiego  intelektu.  Na  pewno   przykładów  jest  więcej,  ja  skupię  się  na  dwóch:  Ireny  Kuhn   i  Macieja  Słomczyńskiego.  Ta  pierwsza  to  bijąca  rekordy  popularności  Joanna  Chmielewska,  a  ten  drugi  to  autor  kryminałów  -  Joe   Alex.  Każdy  może  ich  czytać  i  każdy  będzie  ich  przyswajał  „wedle  własnego  rozumu”,  lecz  „perełki”  wychwyci  tylko  czytelnik  erudycyjnie  przygotowany.  To  tak,  jak,  w  skrajnym  przypadku,  z  „Ulissesem”,  którego  notabene  tłumaczył  Słomczyński,  czytać  każdy  może,  ale  zrozumieć  nieliczni.

Siłą  tej  lektury  jest  zwięzłość  opisu  i  skojarzenia. Przykład:  kino – „ciemność, cola, popcorn..”,  czy  też  stan osamotnienia  -  „bele  matowych  godzin”.  Aby  pokonać  samotność  postanawia  „otworzyć  się  na  bogactwo  istnienia”.   Acha,  a  to  osamotnienie  było  skutkiem zachowania  dotychczasowej  „bratniej  duszy”,  w  której  zachowaniu:  „perfidne  było,  ze  robi  to,  kiedy  nie  robi  tego   Farah”. Dodajmy  jeszcze,  że  tak  nasza  bohaterka,  jak  i  jej  przyjaciółka  „niczym  się  nie  interesowała  i  było  jej  z  tym  dobrze”.    

I  to  ostatnie  zdanie  jest  sednem  powiesci.  Bo  bohaterki  są  bardzo  „busy”.  Przeglądają  sterty  kobiecych  pism,  chodzą  po  sklepach  i  studiują  ulotki  reklamowe.  I  marzą  o  miłosci,  choć  zgadzają  się  z  opinią,  że..

..nie  istnieje  miłość,  zaś  to,  co  za  nią   zwykliśmy  uważać,  to  jedynie  niedorzeczna  nadzieja,  że  druga  jednostka  jest  w  stanie  uwolnić  nas  od  samych  siebie,  inkorporować  nas,  wchłonąć,  zwolnić  z  uciążliwego  obowiązku  bycia  nami”.


Czytelnikom  nieprzekonanym  do  Masłowskiej,  proponuję  ponowną,  ale  POWOLNĄ  lekturę,  bez  POGONI  ZA  AKCJĄ,  KTÓREJ   NIE  MA   i  filozoficzną  zadumę  nad   jej  błyskotliwymi,  często  „nieuczesanymi” myślami  - fajerwerkami  umiejętności  obserwacji.