Saturday, 29 March 2014

Kurt VONNEGUT - "Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater"

Kurt  VONNEGUT  -  “Niech  pana  Bóg  błogosławi,
                                        Panie  Rosewater,
                                        czyli
                                        perły  przed  wieprze”

WYŚMIENITE!!!   Jedną  gwiazdkę  z  dziesięciu  zabrałem  za  zwolnienie  tempa  w  środkowej  partii.  A  teraz  zestawmy  daty  powstania,  samooceny  Vonneguta  i  moje  oceny,  niektórych  jego  utworów”:
1963  -  „Kocia  kołyska”     A+   /nie  czytałem/
1965  -  „Niech...   ..Rosewater”     A  /dziewięć  gwiazdek/
1969  -  „Rzeżnia  numer  pięć”      A+ /dziesięć  gwiazdek/
1973  -  „Śniadanie   mistrzów”       C /jedna  gwiazdka/
1991  -  „Losy  gorsze  od  śmierci”  /brak  samooceny/, /jedna  gwiazdka/

Narzuca  się  wniosek,  że  okres  świetności,  to  lata   sześćdziesiąte,  po  których  nastąpiło  samozadowolenie  i  upicie  się  sukcesem.  Cieszmy  się  więc,  że  omawiamy  pozycję,  w  której  autor  osiągnął  szczyt  lekkości  w  pisaniu  satyry  obnażającej  stosunki  społeczne  w  Ameryce,  i  nie  tylko  tam.   I  właśnie,  z  powodu  tej  „lekkości”  muszę  przestrzec  czytelników  przed  czekającymi  ich,  w  trakcie  lektury,  atakami  śmiechu,  trudnymi  do  opanowania,  gdyż  systematycznie  podsycanymi  kolejnymi  absurdalnymi  zdarzeniami. Zostawiam  aspekt  komediowy  potencjalnym  czytelnikom,  a  sam  przechodzę  do  spraw  „nieśmiesznych”.

Zaczynam  od  uwagi,  znanego  już  nam  z  innych  utworów,  pisarza-futurologa  Trouta:/str.180/

  „PROBLEM  POLEGA  NA  TYM,  JAK  KOCHAĆ  LUDZI  NIEPOTRZEBNYCH”.

Niestety:
Amerykanów  długo  uczono  pogardy  dla  ludzi,  którzy  nie  chcą  albo  nie  mogą  znależć  pracy,  pogardy  nawet  dla  siebie  samych”..     

To  jest  niebezpieczne,  bo:
Z  czasem  prawie  wszyscy  mężczyżni  i  wszystkie  kobiety  staną  się  bezużyteczni  jako  producenci  towarów,  żywności,  usług  i  nowych  maszyn,  jako  żródła  nowych  idei  w  dziedzinie  ekonomiki,  budownictwa  i  zapewne  medycyny  również.  Tak  więc,  jeżeli  nie  potrafimy  znależć  powodów  i  metod,  aby  cenić  istoty  ludzkie,  za  to  tylko,  że  są  i s t o t a m i   l u d z k i m i ,  to  możemy,  jak  to  już  nie  raz  proponowano,  zacząć  myśleć  o  ich  likwidacji”.

Na  razie,  bogaci  ciesżą  się,  że  są  bogaci,  choć  często  nic  nie  zrobili  w  tym  kierunku,  i   omotała  ich  chucpa,  o  której  opowiada  Selena -  dziewczynka  z  sierocińca  posłana  na  służbę  do  „takich”:  /str.135/

„Najbardziej  drażni  mnie  w  tych  ludziach..   ..ich  przeświadczenie,  że  wszystko,  co na  świecie  jest  pięknego,  podarowali  biedakom  oni  albo  ich  przodkowie.  Zaraz  pierwszego  wieczoru  pani  Buntline  kazała  mi  wyjść  na  taras  i  popatrzeć  na  zachód  słońca.  Popatrzyłam  i  powiedziałam,  że  jest  bardzo  ładny,  ale  ona  czekała,  aż  powiem  coś  jeszcze...   ...Powiedziałam: „Bardzo  pani  dziekuję”.  To  było  właśnie  to,  na  co  czekała.  „Proszę  bardzo” -  odpowiedziała.  Dziękowałam  jej  odtąd  za  ocean,  za  księżyc,  za  gwiazdy  na  niebie,  i  za  konstytucję  Stanów  Zjednoczonych...
Może  jestem  zbyt  tępa  i  złośliwa,  aby  dostrzec  uroki  Pisquontuit.  Może  to  są  perły  przed   wieprze..”.

Te  ostatnie  słowa  to   część  tytułu  książki.  Zblazowana  bogaczka  sili  się  na  homoseksualny  związek  i  na  słuchanie  Beethovena,  bo  to  jest  „cool”,  lecz  nie  zauważa,  że   płytę  33’  nastawiła  na  78’  przez   co  symfonie  są  nieco  zbyt  szybkie  i  piskliwe. To  pozerstwo  otępia  i  znieczula.   Świat  biednych  otacza  tajemnica  niepojmowalna  dla  bogatych,  którą  definiuje  żona  milionera-dobroczyńcy: /str.54/

„Tajemnica  polega  na  tym,  że  oni  są  ludżmi”.

Pierwsza  częśc  tytułu:   „Niech  pana  Bóg  błogoslawi,  panie  Rosewater”  pojawia  się  w  tekście  dwukrotnie:  raz  jako  wyraz  wdzięczności  dla  pijaka-dobroczyńcy /str.60/,  a  drugi  raz  dla  sprzedawcy  polis  ubezpieczeniowych  na   życie. /STR.103/.   O  ile  sprawa  jest  prosta  w  drugim  przypadku,  bo  dotyczy  wdów,  które  doceniają  korzyść  płynącą  z  polis,  po  utracie  męża,  to  pierwszy  przypadek  wymaga  wyjaśnienia,  BO  TO  NIE  JEST  PRZEJAW  WDZIĘCZNOŚCI  ZA  WSPARCIE  FINANSOWE,  LECZ  ZA  OKAZANIE  ZAINTERESOWANIA   DRUGIM  CZŁOWIEKIEM.

Samotna,  stara  Diana  mówi:

„Panie  Rosewater,  od  dzisiaj  pan  jest  moim  lekarzem...   ...Uleczył  pan  więcej  beznadziejnych  chorób  niż  wszyscy  lekarze  z  Indiany  razem  wzięci...   A  teraz  nerki  przestały  mnie  boleć  na   sam  dżwięk  pańskiego  słodkiego  głosu...”.

BRAWO   VONNEGUT!!  TO  JEST  PIĘKNE!!!


A  wspaniały  finał,  który  wzruszył  mnie  do  łez,  niech  każdy  sam  przeczyta  /i  popłacze/.