Saturday, 15 March 2014

Bohumil HRABAL - AUTECZKO

Bohumil HRABAL - “AUTECZKO”

UWAGA!!! ZAKAZ CZYTANIA DLA MIŁOŚNIKÓW KOTÓW, bowiem ta lektura może wzbudzić w nich skrajnie negatywne uczucia.

“ERRARE HUMANUM EST” /”Błądzić jest rzeczą ludzką/. Pobłądził Hrabal ujawniając swoja chorą, narcystyczno-psychopatologiczną naturę czytelnikom, pobłądziłem i ja biorąc makabryczne „Auteczko” do ręki. Podobnie jak egocentryczny Hrabal skupiający się, tylko i wyłącznie, na sobie, który zaczyna każde zdanie od „JA”, zacznę również od siebie, od opisu stanu mego ducha po tej strasznej lekturze.

W pierwszej chwili, bliski apopleksji, krzyczałem „Apage satana!”, rzucałem najcięższego kalibru bluzgami w Hrabala i przysięgałem sobie, że już nigdy nie wezmę do ręki żadnego tekstu przez niego napisanego. Jednakże po ochłonięciu podjąłem próbę głębokiej analizy tego, że tak powiem, nieszczęścia.
Zestawiłem daty wydania znaczących książek: 1964 – „Lekcja tańca dla starszych i zaawansowanych” oraz „Pociągi pod specjalnym nadzorem”; 1966 – światowa sława dzięki Oscarowi za film „Pociągi...”; 1971 - „Obsługiwałem angielskiego króla”; 1977 - „Zbyt głośna samotność”, a dalej nic wybitnego, a w tym: 1983 - „Auteczko”. Dodajmy bardzo istotny fakt, że ten jeden z dwóch, współczesnych czeskich, pisarzy światowej klasy /ten drugi to Kundera/ nie podpisał Karty 77, czym wykluczył się z pewnych kręgów inteligencji i stracił akceptację znacznej części społeczeństwa. Czyżby więc publikowane 6 lat póżniej „Auteczko” było despeacką probą powrotu na pierwsze strony gazet ? Jeśli tak, to nieudaną.

Spójrzmy na wywiad z pisarzem sztucznie dołączony do książki jako prolog. Plastycznie przedstawione krwawe wydarzenia w rzeżni /szczegółów oszczędzę czytelnikowi/, odczytuję jako nieudolną próbę złagodzenia okropności zasadniczego tekstu. Jest to, delikatnie mówiąc, infantylizm: ja zabijałem koty, ale to drobiazg w porównaniu z masowym zabijaniem świń.
Zauważmy jednak, że zabijanie świń daje wieprzowinę, więc mniej lub bardziej jest uzasadnione, a zabijanie kotów...
Nim przejdę do tekstu, chcę podzielić się ogólniejszymi spostrzeżeniami na temat kondycji pisarzy, którym się powiodło, którzy odnieśli sukces i zdobyli światową popularność. Ta popularność przekłada się na mechanizm rynkowy, wspaniale nam znany z „Martina Edena”. Wydawcy wydadzą każdą chałę idola, a czytelnicy ją kupią. Tworzy się BEZKRYTYCZNA IDOLATRIA, która zamyka usta nielicznym odważnym, chcącym krzyczeć: KRÓL JEST NAGI!! Autorów ogarnia próżność i chucpa. Zróbmy przegląd /oczywiście mój – SUBIEKTYWNY, za co przepraszam, lecz chodzi tu nie o poszczególnych pisarzy, a o zjawisko/ dokonań tych ludzi sukcesu, takie swoiste „Targowisko próżności”.
Zacznijmy od tuza: Huxley, obok „Nowego, wspaniałego świata” /1932/ , pisze, pół biedy, że przeciętnego „Geniusza i Boginię” /1955/, gorzej, że również bardzo słabą „Małpę i ducha” /1948/. Szczegółowo, to mamy do czynienia z ponad 30-letnią niewydolnością, by, jak sądzę, pod wpływem meskaliny i LSD, nastąpiło przebudzenie, owocujące „Drzwiami percepcji” /1954/ i omawianym „Geniuszem..” /1955/.
Saramago, obok arcydzieła „Baltazar i Blimunda” /1982/, pisze blużnierczą „Ewangelię wg Jezusa Chrystusa” /1991/, by skończyć swoją pisarską karierę CHORYM, OBSCENICZNYM - „Miastem ślepców” /1995/.

Coetzee - zdobywając serca czytelników, przede wszystkim „Hańbą” /1999/, podtrzymuje entuzjazm różnymi opowiadaniami z przewijającą się panią Costello, by nagle dać się owładność, wspominanej wyżej, próżnosci i chucpie, dającej mu odwagę do napisania SUPERKNOTA pt „Dzieciństwo Jezusa” /2013/. Zauważmy, że ten nadzwyczaj płodny pisarz nic nie napisał przez ostatnie 6 lat /2007-13/.

Truman Capote – pisarz mojej młodości. Jak my kochaliśmy „Inne głosy, inne ściany” /1948/, „Harfę traw” /1951/, by wpaść w długoletnią ekstazę „Śniadaniem u Tiffany’ego” /1958/. Ale światową popularność Capote zdobył całkowicie innym pisarstwem - rewelacyjnym, nazwijmy to, reportażem z więziennej celi pt „Z zimną krwią” /1966/. Profesjonaliści twierdzą, że po tym sukcesie Capote doznał „ZAWIROWANIA”, cokolwiek ono znaczy. Może i tak, dla mnie to mu „odbiło”, podobnie, jak powyżej omawianym pisarzom, gdy popełnił „Psy szczekają” /1982 - 16 lat od apogeum/.
Vonnegut, autor GENIALNEJ - „Rzeżni numer pięć” /1969/, a wcześniej „Cat’s Craddle” /1963/, pisze nie wiem, po co „Śniadanie mistrzów”/1973/, a mój ulubiony Auster po serii wspaniałych książek, kompromituje się „Nocą wyroczni”.
Z obowiązku /bo nigdy go nie lubiłem/ odnotuję Umberto Eco, który, po zdobyciu niewątpliwej popularności „Imieniem Róży” /1980/ i „Wahadłem Foucault” /1988/ traci sympatię krytyki „Cmentarzem w Pradze” /2010/.
Gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Przecież te nieudane, a czasem wręcz niszczące dotychczasowe uznanie, proby wydawnicze, przypominają mnie aktorkę, która ponoć obcięła sobie piersi, natychmiast je zrekonstruowała, ale powróciła na pierwsze strony gazet.
No to czas wrócić do Hrabala. Jest on żałośnie przykry i obłudny. Po weekendzie, w czasie którego pięć brudnych kotów spało z nim w łóżku, wyrzuca je z domu i jedzie do Pragi. CIERPI potwornie, bo myśli o biednych, głodnych kotach... Gdy jednego kota przygarnęli dobrzy ludzie, pan pisarz CIERPIAŁ, aż DOSTAŁ GORĄCZKI Z TĘSKNOTY... /str 29/. Do tego to ZADUFANIE w sobie /str.34/:
„..koty miały poczucie, że żyją tylko wtedy, kiedy z nimi jestem..”
Dalej juz ani słowa, bo nie będę katował siebie i czytelników znęcaniem sie nad kotami. Najgorsza jest druga połowa, gdy Hrabal kpi z czytelnika pozując na Raskolnikowa.
Tak więc ODRADZAM CZYTANIE, bo wystarczy, że we mnie pozostanie żal do Hrabala, za zepsucie swego, dotychczas pozytywnego, wizerunku.