Friday, 28 March 2014

Elfriede JELINEK - "AMATORKI"

Elfriede    JELINEK   -   “AMATORKI”

BANAŁ   podany  w   KOSZMARNYM   JĘZYKU

Podpompowywanie  wartości  książki  Nagrodą  Nobla,  przyznaną  29   lat  póżniej   jest   UNFAIR,   tym bardziej,  że  jeden  z  członków  Akademii  Szwedzkiej,  na  znak  protestu,  posiedzenie  decyzyjne  opuścił  i  stwierdził,  że  decyzja  nobilitująca  Jelinek  „NAGRODĘ  RUJNUJE”.  Nie  przeszkadza  to  rzeszy  opiniujących  zaczynać  swoje  uwagi  na  wzór  „tworu”  Magdaleny  Miecznickiej,  zamieszczonego  w  „Gazecie  Wyborczej”  w  dniu  1.06.2005 r.:

„Od  czwartku  w  księgarniach  „Amatorki”  Elfriede  Jelinek  -  druga  powieść  zeszłorocznej  noblistki  wydana  w  Polsce”.

Czy  ta  informacja  jest  prawdziwa?  Tak,  jest  PRAWDZIWA,  lecz  NIERZETELNA.  Drobiazg,  że  „druga”  dotyczy  stanu  wydań  w  Polsce,  a  nie  Jelinek,  bo  dla  niej  to  była  trzecia  w  ogóle,  a  pierwsza  -  szerzej  zauważona.  Natomiast  wiązanie  tej  książki  z  „noblem”  jest  chyba  zbyt,  delikatnie  mówiąc,  śmiałe.  „Amatorki”  ukazały  się  w  1975 roku,  gdy  Jelinek  miała  DWADZIEŚCIA  DZIEWIĘĆ  lat,  z  których  część  niewątpliwie  spędziła  na  nocniku,  i  musiała  czekać   ponownie  DWADZIEŚCIA  DZIEWIĘĆ,  i  to  dojrzałego,  twórczego  życia,  by  tego  „nobla”  dostać. Gwoli  ścisłości  podajmy,  że  Nagrodę  Nobla  dostała  za:  „demaskowanie  absurdalności  stereotypów  społecznych  w  powieściach  i  dramatach”.  /To  pachnie  feminizmem  i  genderyzmem/.

 A więc  mamy  syndrom  Martina  Edena,  któremu  wyrywano  najwcześniejsze  „kawałki”,  oczywiście,  gdy  zdobył  sławę.  O  słuszności  mojej  teorii  świadczy  właśnie  podany  przez  „GW”  fakt,  że  edycja  omawianej  książki  odbywa  się  TRZYDZIEŚCI   LAT,  po  jej  wydaniu  niemieckojęzycznym,  a  natomiast  rok  po  „noblu’.  To  co,  nikt  w  Polsce,  przez  TRZYDZIEŚCI   lat  nie  wiedział,  że  taka  „świetna”  książka  istnieje?  A  może  nie  jest  taka  „świetna”?

Na  pewno  jest  ORYGINALNA,  bo  na  ogół  przyjęte   jest:  imiona  własne,  jak  i  nowe  zdania  zaczynać  DUŻĄ  LITERĄ;  niewykorzystany  wydaje  się  pomysł  napisania  powieści  SAMYMI  DUŻYMI  literami,  z  pominięciem  małych.  Można  by  też  co  drugą /lub  co  trzecią,  stawiać  literę  dużą,  lub  vice  versa  małą.  Z  tantiem  za  pomysł  rezygnuję.  No  cóż,  nie  takie  „innowacyje”  przetrzymałem,  bo  i   szum  wokół  „Gry  w  klasy”  Cortazara  czy  „Idzie  skacząc  po  górach”  Andrzejewskiego,  jak  to  z  szumem  bywa  -  poszumiał  i  ucichł,  więc  i   po  Jelinek  nastąpi  znamienna  cisza,  żeby  nie  powiedzieć -  milczenie. 

No  to  czas  na  język,  który  jest  sztucznie  rynsztokowy.  Sztucznie,  bo  nawet  „element”  tak  się  nie  wyraża.  Owszem,  język  prymitywów  nasycony  jest  wulgarnymi  określeniami  narządów  płciowych,  jak  i  kobiet  nader  łatwo  uprawiających  seks  lecz  nie  eksponuje  słowa  „gówno”,  które  u  Jelinek  bryluje.  Nie  wiem,  czy  to  zasługa  Jelinek  czy  tłumaczek,  że  konteksty  brzmią  fałszywie,  a  nadmiar  „mięsa”  zohydza  lekturę.  Przykład  na  str  190,  gdzie  o  poczęciu  dziecka  autorka  pisze:
„...jeśli  tylko  to  maleństwo  wytryśnie  z  właściwego  chuja
chuj  heinza  byłby  niewłaściwy..”.
I  dalej,  na  TEJ   SAMEJ  STRONIE:
„...heinz  najchętniej  ustawiłby  natychmiast  swego  kutasa  w  pozycji  startowej..”
A  jeszcze:  jedyne  określenie  aktu  płciowego,  u   Jelinek,  to   posuwanie.  To  epatowanie  niecenzuralnymi  słowami,  przypomina  mnie  nowego  kolegę  w  pracy,  który,  by  sie  „wkupić”  zaprosił  nas  -  starych  na  piwo  /biedak  nie  umiał  nawet  pić  z  butelki!/,  i  aby  ujść  za  „swojaka”  zapytał:  „Powiedzcie,  KURWA,  z  kim  na  Wydziale  trzeba  się  liczyć?”.  Ten  jego  przerywnik  był  równie  sztuczny  jak  „jelinkowe”.

Jak  już  pisałem,  członkowie  Akademii  Szwedzkiej  mieli  problem  jak  określić  wątpliwe  zasługi  Jelinek  i  wymyślili  kuriosalne:   „demaskowanie  absurdalności  stereotypów  społecznych”.  No  to  ja  się   „zapytowuję”  dlaczego  Nagrody  nie  dali  Redlińskiemu  za  „KONOPIEŁKĘ”??

Jak  zwykle,  nie  zdradzę  przebiegu  zdarzeń,  lecz  muszę  podać,  że  jedna  bohaterka  czuje  do  swego  wybrańca  tylko  „wstręt  i  nienawiść”,  a  seksowi  poddaje  się  z  obrzydzeniem,  a  druga  ma  piętnaście  lat.  Autorka  uważa   za  haniebny  stereotyp  bicie  tych  panienek  przez  rodziców,   a  ja  twierdzę,  że  obie  były  bite  za  mało.

I  na  koniec  o  końcu:  pesymistyczny  obraz  bohaterki  „po  przejściach”,  Jelinek  tworzy  wskazując  na  katorżniczą  pracę  w   fabryce,  która  odbiera  chęc  do  życia.   Pani  Autorka  nie  „kuma”,  że  praca  w  jedynej  fabryce  w  okolicy  jest  szansą  i  awansem  społecznym.

Podkreślam,  że  jest  to  JEDYNA  książka  Jelinek  jaką  przeczytałem,  przeto  czuję  się  zobligowany  do  przeczytania  choćby,  o  wiele  póżniejszej   „Pianistki”,  co,  oczywiście  zrobię,  jeśli  ją  w  Toronto  dorwę.