Saturday, 31 December 2016

Jan SZCZEPAŃSKI - "Sprawy ludzkie"

Jan SZCZEPAŃSKI - "Sprawy ludzkie"

Jan Szczepański (1913 – 2004) (nie mylić z literatem Janem Józefem Szczepańskim 1919- 2003) - profesor socjologii, którego prace są poświęcone teorii i historii socjologii oraz badaniom nad przekształceniami struktury społecznej.
Autor pisząc o "Sprawach ludzkich" zaczyna od cierpienia, a zakres jego zainteresowań oddają tytuły rozdziałów: „Cierpienie", "Osamotnienie i samotność", "Obraz samego siebie", "Inny człowiek", "Człowieczeństwo", "Głód", "Podróż", "Sfera irracjonalności", "Wyobraźnia”, „Wiara”, "Zmęczenie?, "Obojętność", "Rozgoryczenie", „Mądrość", "Nadzieja i złudzenia", "Starość", "Śmierć", "Życie", "Los", oraz "Wartość człowieka".

Zaczynamy od „cierpienia” (s. 7):
„...Człowiek musi cierpieć, aby działać... ...Cierpienie jest także przyczyną odkrywania świata i poznawania świata. Jest motorem dążeń poznawczych. Bez cierpienia inteligencja człowieka pozbawiona byłaby kierunkowskazu. ...cierpienie jest drogą rozwoju cech uznawanych za najistotniejsze dla człowieka: cech moralnych, intelektualnych i estetycznych....”

A ja byłem przekonany, że to „strach” jest nadrzędny i daje początek wszystkiemu... O dziwo! Cztery strony dalej w ramach dalszych rozważań o cierpieniu, znajduję zdanie (s. 11):
„....Napisano wiele tomów na temat lęku człowieka wobec swoich wytworów cierpień wynikających z zamknięcia w sztucznym świecie, cierpień wynikających z nierówności społecznych, niesprawiedliwości ekonomicznych, upokorzeń, niezaspokojenia rozbudzonych aspiracji, fałszywych ambicji, złudzeń, chorób, beznadziejności i rozpaczy..”

Pięć razy czytam powyższe zdanie, by rozstrzygnąć dylemat przyczynowo – skutkowy. Co jest przyczyną, a co jest skutkiem? Cierpienie jest skutkiem ww czynników, lecz wymieniony lęk przed cierpieniami, dokładnie „wobec swoich wytworów cierpień” jest zaledwie jednym z wielu, jakie nas nachodzą, jakie nas zniewalają, jakie wpływają na nasze decyzje czyli nami rządzą. Dlatego też brak rozdziału poświęconemu lękom, strachom i obawom w podanym wyżej spisie treści zaskakuje mnie i zmusza do przyjęcia optyki autora przy dalszej lekturze.

Jako osobnik przedpotopowy, a na pewno z zamierzchłej epoki, przedstawię dotychczasowy mój sposób widzenia na trywialnym poniekąd przykładzie raka. Otóż dawniej s t r a c h przed nieuleczalnym wtedy rakiem, powodował większe cierpienia i skutki w postaci zaniku sił obronnych organizmu, niż sama c h o r o b a, i dlatego chorego okłamywano aż do samego zejścia. Wszelkie starania rodziny skupiały się na obronie chorego przed prawdą, która go zabije szybciej niż sama choroba. Ergo: s t r a c h jest wszechwładny.

Przypomnę też o, bezsensownym przecież, strachu przed śmiercią, samą śmiercią, a nie ewentualnymi poprzedzającymi ją cierpieniami. I już sama myśl o tym zdarzeniu wywołuje u większości z nas irracjonalny strach i cierpienia, chociaż po śmierci są one domeną bliskich, a nie nieboszczyka.

Wracam do cierpień autora. Nie jestem w stanie podzielić optymizmu autora o pozytywnym oddziaływaniu cierpienia w budowaniu ludzkiej solidarności i empatii. Z autopsji wiem, ze jest przeciwnie: cierpiący koncentruje się przede wszystkim na swoim cierpieniu i cierpi z niedowartościowania jego cierpiętnictwa przez innych. W praktyce cierpienie bardziej izoluje niż integruje. Może z następnym rozdziałem o samotności lepiej mnie pójdzie.

Autor odróżnia samotność od osamotnienia (s. 20):
„….osamotnienie jest brakiem kontaktu z innymi ludźmi oraz z sobą samym, samotność natomiast jest wyłącznym obcowaniem z sobą samym, jest koncentracją uwagi na sprawach swojego wewnętrznego świata..”
Może to rozumieją profesjonaliści, bo ja tego nie przyswajam, nie wyczuwam jak mówił Żorżyk - gitarzysta basowy do Wojtka Młynarskiego. Czytam natomiast z zainteresowaniem bo autor w każdym akapicie mówi o „lęku przed osamotnieniem”, „lęku przed samotnością”, które w rezultacie są „lękami przed utraceniem swojego człowieczeństwa”. A to woda na młyn mojej teorii o boskiej mocy strachu.
Autor słusznie stwierdza, że stan osamotnienia to... (s. 22):
„....to świat wolny od cierpień zadawanych nam przez innych ludzi...”
Tylko, że ja dodaję: „cierpienia zadawane przez innych ludzi” już właśnie swój cel osiągnęły, wyrzucając nas poza nawias społeczeństwa, w osamotnienie. Finis coronat opus (Koniec wieńczy dzieło). Nic więcej złego już zrobić nie mogą!
Negatywnemu osamotnieniu autor przeciwstawia twórczą samotność (s. 26):
„...Samotność jest nie tylko wyzwoleniem od kontaktów z innymi ludźmi, lecz także usiłowaniem wyzbycia się ich sposobów myślenia, ich miar i ocen. Wtedy możemy się zobaczyć i zmierzyć świat własną miarą, zaczerpniętą z własnych wartości.... ...Samotność może być podstawą mojej niezależności....”

Przekonująco to brzmi. Tylko, że ks. J. Tischner nauczał, że człowiek realizuje się wyłącznie przez drugiego człowieka. Przedwczesny entuzjazm czytelnika Szczepański szybko gasi (s. 30):
„....Ludzie boją się osamotnienia i samotności, którą z nim identyfikują.... ...Cisza i milczenie wywołują natychmiastowe poczucie pustki, nudy, niepokoju. Bo większość współczesnych nie ma samym sobie nic do powiedzenia...”
Święta prawda!!

Przy lekturze rozdziału pt „Obraz samego siebie” warto przypomnieć stwierdzenie Pascala „Poznanie człowieka rodzi rozpacz”, które obejmuje również poznanie samego siebie. Autor i ten temat omawia w kontekście cierpienia oświadczając najpierw (s. 47):
„....dodatni obraz siebie jest ucieczką przed możliwością cierpień zadawanych sobie samemu... Cierpieniem jest wstyd, upokorzenie, samoudręczenie zawodami, klęskami, zawiedzioną miłością, upokorzoną ambicją itd. Od tych cierpień nie może wyzwolić żaden inny człowiek. Ich przyczyny leżą w moim świecie wewnętrznym, do którego nikt poza mną nie ma dostępu....”

….by trzy strony dalej (s. 50) konkludować:
„...Tłumacząc sobie, że cierpienia są niezawinione, ratujemy obraz samego siebie, ale nie zmniejszamy cierpienia...”

W związku z nieustanną obecnością „cierpienia” wracam do wstępu, w którym autor informuje, że „przymusowy pobyt w szpitalu” i „pooperacyjna euforia” (s. 5)...:
„...objawiła mi, co właściwie chcę napisać...”

Szczęśliwie w dalszych rozdziałach „cierpień” już mniej, a przemyślanych cennych stwierdzeń wiele. Niestety, z przyczyn technicznych nie recenzuję ich, a tylko nadmieniam, że szczególnie przypadł mnie do gustu esej pt „Śmierć” (bo dużo z Epikura), a najwięcej kontrowersji wzbudził - „Wiara” (gdyż czuję się uczniem św. Augustyna i ks. J. Tischnera).

Wzbogacony lekturą zacnego autora, proszę Państwa o zrozumienie, że moje próby polemiki nie są podyktowane chęcią kwestionowania poglądów Profesora, lecz wyrazem „aktywnej” lektury, której celem jest pogłębianie mojej wiedzy.