Sunday, 1 January 2017

Laurie LEE - "Jabłecznik i Rosie"

Laurie LEE - "Jabłecznik i Rosie"

Laurence Edward Alan "Laurie" Lee (1914 – 1997) - angielski poeta, pisarz i autor scenariuszy zdobył sławę trylogią autobiograficzną, której omawiany właśnie pierwszy tom ("Cider with Rosie" – 1959) opisuje dzieciństwo w Slad Valley, drugi – "As I Walked Out One Midsummer Morning" (1969), mówi o opuszczeniu domu i pierwszej wizycie w Hiszpanii w 1935, a trzeci "A Moment of War" (1991) o jego udziale w hiszpańskiej wojnie domowej, w Międzynarodowych Brygadach Republikańskich.
"Jabłecznik..." został zaadoptowany dla TV BBC w 1971, dla Carlton TV w 1998, dla BBC Radio w 2010 i ponownie dla BBC TV w 2015, co przyczyniło się do popularności tej książki.
Wydany w Polsce w poczytnej serii Nike w 1975 został zaszczycony na LC dwiema opiniami, ale dużą ilością gwiazdek (7,67). Przyznam szczerze, że nigdy o autorze nie słyszałem. Szczęśliwie "Czytelnik" zrezygnował z dalszych części tej fascynującej trylogii.
Na wstępie muszę zaznaczyć, że umęczony prozą życia jestem wyjątkowo mało wrażliwy na poetyckie barwne opisy i wspomnienia, które, jak się wydaje, są głównym walorem książki. Ponadto moje potrzeby w tej materii zaspokoił na zawsze mistrz Adam w "Panu Tadeuszu", posługując się w dodatku heksametrem wyjątkowo przeze mnie cenionym, jako, że w "peerelowskim" liceum skutecznie wbijano mnie do głowy łacinę, zamiast języka obcego.
Sam fakt posiadania licznego (sztuk 6) rodzeństwa ułatwia narrację na ponad 300 stronach, choć śmiem twierdzić że moje wspomnienia są nawet bogatsze, mimo posiadania tylko jednej siostry.
Ponadto, jako spec od logicznego myślenia, zwracam ponownie Państwa uwagę, że mimo głoszonego sukcesu pierwszej części, „Czytelnik” nie wydał pozostałych, co podważa wiarygodność przekazu o walorach książki.
Książka jest zbiorem dykteryjek, zbyt licznych w stosunku do miejsca akcji (s. 51):
„...Wieś, w której zamieszkaliśmy, składała się z dwudziestu kilku domów...”
Te dykteryjki w stylu Szwejka, nie dość, że liczne, to swoją banalnością wywołują jakieś swoiste deja vu, bo kto nie słyszał o rywalizujących staruchach, o zawiści prowadzącej do gromadnego zabójstwa „szpanującego” bogacza, parze staruszków odmawiającej przeniesienia do placówki opiekuńczej czy zgwałconej topielicy. A przy tym wszystkim o stadnej zmowie milczenia. Pozostaję wdzięczny autorowi/wydawcy, że te dykteryjki ograniczył do około 300 stron, bo nic trudnego mnożyć je w nieskończoność...
A, że czytać mnie przypadło w noc sylwestrową, kiedy przecież spać nie wypada, to dojechałem do ostatniej strony, bo czyta się to „lekko, łatwo i przyjemnie”. Tylko: po co? Bo książka w niczym mnie nie wzbogaciła, a przyjemności znam bardziej wyrafinowane. Tak więc, dla świętego spokoju gwiazdek 6.