Tuesday, 20 December 2016

Jan Jakub KOLSKI - "Las. 4 rano"

Jan Jakub KOLSKI - "Las. 4 rano"

Nie wiedziałem nawet, że on pisze, natomiast jego filmy podziwiałem. Zaskoczony, siadam do lektury, zwyczajowo przeglądam recenzje. A tam przede wszystkim o tragedii z córką, o opuszczeniu żony i o nowym związku z kobietą o trzy lata starszą od nieobecnej już córki. Pamiętając maksymę Giedroycia o separacji dzieła od autora, staram się "newsy" usunąć z pamięci i w miarę obiektywnie poczytać o następnym, co uciekł do lasu. A było ich w literaturze wielu...

W tym przypadku bardzo mnie pasuje zestaw: Dziad, kot, pies, kuna, Nata – "tirówka" i małolata Jadzia. A zraża wulgarny język, mimo, że sam bluzgam obficie. Ale trzeba mieć wyczucie: kiedy i gdzie. I to jest główny zarzut, wielce istotny, bo przeszkadza w lekturze. Zza oceanu przyszła ta moda na obsceniczność, a ja i tak tego nie zaakceptuję. Tym bardziej, że Kolski ma 60 lat, a wiek zobowiązuje.
Bohater Kolskiego – alter ego autora, co świadomie pomijam - jest skupiony na sobie, swoim cierpieniu i swojej wyjątkowości; jest egocentrykiem. Podkreśla to przyjęcie pseudonimu First. A w czymże to on jest pierwszy? Czyżby sześćdziesięcioletni autor nie słyszał o tragediach innych ludzi? Czytało mnie się dobrze, póki nie poznałem przyczyny jego pozornej, czasowej ucieczki, bo dalszej lekturze towarzyszył mnie niesmak narzucającym się pytaniem: co z matką jego córki, która również utraciła dziecko w wypadku? Przeżyłem wiele więcej lat niż autor, i wolę mówić i słuchać o łączeniu, wzajemnej pomocy w nieszczęściu niż pozostawieniu bliskiej osoby w traumie i salwowaniu się pozorną ucieczką.

Dwukrotnie podważyłem prawdziwość tej ucieczki, nazywając ją pozorną, tymczasową, bo zachowanie bohatera wykazuje jakiś fałsz. O ile skok z pociągu sugeruje autentyczność jego decyzji, to już troskliwe, pedantyczne zakopywanie walizki i pistoletu wskazuje na tymczasowość, a organizacja życia w ziemiance ujawnia tęsknotę za cywilizacją i chęć korzystania z jej zdobyczy. Ponadto zastępczy poniekąd związek z prostytutką to nie szukanie samotności, a wręcz walka z nią; to próba stworzenia swojego „małego intymnego świata” na obrzeżu cywilizacji. Kąpiel w wannie z polewaniem gorącą wodą w ostępie leśnym w obecności morderczyni – kuny i perspektywie nadejścia groźnego rosomaka nadaje całej ucieczce charakter groteskowy.

Co nie udało się z prostytutką, może się udać z jej córką, tym bardziej, że z następczynią - bułgarską prostytutką, nie idzie się dogadać. No i nasz sponiewierany, zeszmacony leśny Dziad, staje się szeryfem, mściwym samcem alfa, zabija ruskiego alfonsa, likwiduje mafię bułgarską i wygrzewa się z małolatą na zaimprowizowanej, wyimaginowanej plaży, snując plany na przyszłość.

O jedno zdanie w tej scenie jest dla mnie za dużo, bo nachodzą mnie kudłate myśli, gdy o trzynastoletnim dziecku, po pierwszej menstruacji czytam:
„...Wyglądała jak aktorka filmowa...”

Niestety, okazało się, że nie potrafię zapomnieć o związku starego Kolskiego, z kobietą o trzy lata starszą od jego tragicznie zmarłej córki i kreowaniu jej na aktorkę. Czy ta książka ma być próbą samousprawiedliwienia się autora przed plotkarskim otoczeniem??

Oceniając lekturę w oderwaniu od wątków osobistych autora, uważam ją za interesującą, pobudzającą do myślenia, a przede wszystkim ciekawie napisaną i bez żadnych wątpliwości daję jej gwiazdek 7. Nie, jednak 6, bo karę za paskudny język musi ponieść.