Thursday, 29 December 2016

Virginia WOOLF - "Do latarni morskiej"

Virginia WOOLF - "Do latarni morskiej"

W 1962 roku Edward Albee (1928 – 2016) napisał wyborną sztukę pt "Kto się boi Virginii Woolf?". I to był mój pierwszy kontakt z tym nazwiskiem. Na podstawie Wikipedii:
Adeline Virginia Woolf z d. Stephen (1882 – 1941) angielska modernistyczna pisarka i feministka. Jej twórczość porównywana jest do prozy Joyce'a i Faulknera.

Teraz o samej książce Wikipedia:
„..'Do latarni morskiej' – powieść Virginii Woolf z 1927 roku. Ważny przykład użycia techniki strumienia świadomości. Fabuła ma drugorzędne znaczenie wobec filozoficznej introspekcji. Dialogów jest niewiele, prawie nie ma akcji, przedstawiane są myśli i obserwacje. Tematy to: dziecięce emocje, relacje między dorosłymi, strata, subiektywność, problem percepcji.
Rodzina Ramsayów, rodzice i ośmioro dzieci (w tym syn James), spędza wakacje w letnim domu na wyspie Skye w Szkocji w roku 1910. Pan Ramsay jest profesorem filozofii. Odwiedzają ich też przyjaciele, np. malarka Lily Briscoe, która chce stworzyć portret pani Ramsay z Jamesem, urządzane są obiadowe przyjęcia.
Planowana w 1910 roku wyprawa żaglówką do latarni morskiej dochodzi do skutku dopiero w 1920 roku, po wojnie. W międzyczasie zmarła pani Ramsay, zginął syn Andrew, córka Prue zmarła przy porodzie. Lily udaje się ukończyć portret w momencie, gdy grupa dociera do latarni."
Cokolwiek Państwo otworzycie na temat Woolf, ujrzycie ”strumień świadomości”. Dlatego podaje za Wikipedią:
„Strumień świadomości (ang. stream of consciousness) – termin literacki, oznaczający rodzaj monologu wewnętrznego. Jest to w pierwszym znaczeniu zapis umysłowego przeżywania człowieka, nie tylko tego co aktualnie słyszy, widzi i czuje, lecz również myśli, skojarzeń, które mu się nasuwają. ...."

Bohaterka, pani Ramsay ma co najmniej 50 lat, ośmioro dzieci i wiele myśli. Ma jeszcze męża filozofa dzięki czemu, może robić na drutach, a nie marnować czasu na czytanie książek. Z kolei megalomański mąż, „już” jako ojciec ośmiu pociech, jest przez autorkę tak widziany (s. 133):
„...Rzecz w tym, że nie odpowiadało mu życie rodzinne... ..Po co człowiek zadaje sobie tyle trudu dla podtrzymania rodzaju ludzkiego?.. ...Ludzie się rozchodzą... ...Siedział koło pani Ramsay i nic nie miał jej właściwie do powiedzenia....”

A co ma gadać, skoro żona jest po 50., więc dziewiąte raczej nie wchodzi w grę. Poza tym, piękną(?!) panią Ramsay i tak wszyscy kochają ze starym Bankesem i młodym Tansleyem na czele.

Wszystko w innych publikacjach napisano, w tym o trzech częściach, o dotarciu do latarni po 10 latach, lecz już bez pani Ramsay i o tym, że symboliczną latarnią jest właśnie ona. Poza tym, obok strumienia światłości, należy mówić o introspekcji we wszystkich gramatycznych przypadkach i że mimo braku akcji, książka jest genialnym przykładem modernizmu.

Toteż przyłączam się do powszechnej entuzjastycznej opinii, strumień świadomości, introspekcję i modernizm wychwalam, a swoją walkę z drzemką trzykrotnie przegraną w trakcie lektury, przypisuję swojej postępującej miażdżycy, a nie, broń Boże, nudzie bijącej ze stron tej książki.

Czuję się jeszcze zobowiązany do odpowiedzi na pytanie postawione w pierwszym zdaniu:
„Kto się boi Virginii Woolf”
Ja, po stokroć ja i dlatego będę jej unikał.
A siedem gwiazdek, bo nastrój kowbojski mnie opuścił, „nec Hercules contra plures” i do innych się dostosowuję