Monday, 29 February 2016

Nora ROBERTS "Śmierć cię pokocha"

Nora ROBERTS - "Śmierć cię pokocha"

Nora Roberts (ur. 1950) jest niewątpliwie fenomenem, bo mieć pomysły na ponad 250 książek to jest "cuś". Zaczęła od 1981 r, tj 35 lat temu; no to wychodzi średnio prawie cztery książki rocznie. Przyznaję, że przeżyłem nieźle 73 lata życia bez znajomości twórczości tej pani i w ogóle tego nie zauważyłem. Ta książka jest z 2009, kiedy autorka miała 59 lat. Piękny wiek i wspaniała kondycja, i z tej właśnie przyczyny, autorki niewiele młodszej ode mnie atakować specjalnie nie zamierzam. Jedno, co mnie zdziwiło, to "familiarność" panująca w amerykańskiej policji. Moje kanadyjskie doświadczenie to, że wszystko na tym kontynencie jest "confidential", i obojętnie czy podejmujesz pracę w policji czy piekarni podpisujesz zobowiązanie "confidence" tzn że NIKOGO nie poinformujesz o stosunkach i istocie twojej pracy. Ta tendencja pogłębia się, tak, że czas akcji - 2060 rok, nie jest żadnym usprawiedliwieniem, a wręcz przeciwnie. Drugi problem to zdolność futurystycznego fantazjowania. Jedyne zauważalne zmiany jakie miałyby zajść w ciągu 51 lat, to automatyczne podstawianie samochodu z garażu, programowany kucharz i androidy człekokształtne zastępujące portiera czy parkingowego. Dziwię się, bo autorka jest leciwa i powinna popatrzeć na cywilizację sprzed 51 lat tzn gdy miała lat 8 i założyć, że skok w przyszłości będzie nie mniejszy niż ten, którego sama doświadczyła.
Wychowałem się na odważnych pomysłach Jules Verne, które bardzo szybko się sprawdziły. Obecnie, obok science fiction, powstał nowy gatunek literacki - fantasy, w którym autorzy dają upust swojej wybujałej wyobraźni, i to tak wybujałej, że w dużym stopniu dla mnie nie przyswajalnej. Roberts jest też skrajnością, lecz w przeciwnym kierunku tzn że jest kompletnie pozbawiona wyobraźni.
Do tego, autorka wpadła w rutynę, i pomnaża zbędne strony, bo jej za to płacą. I tak w tej opowieści nabiła 432 strony, tj co najmniej dwukrotnie za dużo. Co do akcji ma wnieść np akt płciowy Eve Dallas w basenie kąpielowym, w dodatku z własnym mężem nie wiem, ale, do momentu założenia przez Eve „fig” (majtek) zajmuje 5 stron (s. 242 – 246) i to się autorce opłaca.
No cóż, mojej żonie dobrze się to czytało, więc kazała mnie przeczytać, a potem nazwała mnie zrzędą i że szukam dziury w całym. To ja już tylko tyle powiem, że aż pięć dób zmagałem się z tym arcydziełem, czyli o cztery dni za długo i nie wiem po co bo i tak żonie podpadłem.
Czyta się, powiem ugodowo - dobrze, więc dla świętego spokoju idę na kompromis, consensus i do wszystkich diabłów i daję gwiazdek sześć, obiecując sobie solennie, że dalszej znajomości z tą panią nie podtrzymam.