Saturday, 28 November 2015

Jayne Ann KRENTZ - "Iluzjonista"

Jayne Ann KRENTZ - "Iluzjonista"

Przydźwigałem nową porcję "arcydzieł" z biblioteki w Toronto i zacząłem tradycyjnie od najcieńszej a że szybki jestem, to zdążyłem dojechać do 30 strony nim zauważyłem, że to "Harlequin". Już tyle bzdur oceniałem, już tyle pał postawiłem, że jestem uodporniony na banialuki i dyrdymały, więc zdecydowałem się przeczytać "to-to" do końca. I wcale nie żałuję, bo wcale nie jest tak źle, jak się spodziewałem.
Z czysto kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że przez ciało bohaterki „przepłynął rozkoszny, gorący dreszcz” dopiero na stronie 56. „Preludium do prawdziwej uczty” miało miejsce na stronie 103, lecz ja czekałem cierpliwie na „wyginanie się w łuk”, tak charakterystyczne dla tego gatunku literatury. Zawiodłem się, bo było tylko: „jej ciało pręży się”, „zatraci w rozkoszy”, a potem (s. 107): „...Ariana ocknęła się ze słodkiego odrętwienia i powróciła na ziemię z rozkosznego niebytu”. Po pierwszym akcie płciowym mamy przekomarzanki, aż na stronie 165: „jego ciałem wstrząsnął pierwszy potężny dreszcz”, a „spirala rozkoszy rozkręcała się coraz szybciej, aż osiągnęła punkt krytyczny”. Swoja drogą ciekawe, bo tu wszyscy mają dreszcze, a ja kopulowałem ponad 50 lat i szczęśliwie dreszczy nigdy nie miałem.
Już tylko wspólna, zwycięska walka kochanków z uzbrojonymi bandytami, która umacnia, oczywiście, ich związek i wzajemne zaufanie, i już szczęśliwy finał - oświadczyny.

W porównaniu z wszechobecnym prostactwem, zboczonym seksem i zwykłym chamstwem w tzw „dobrej” literaturze, w objęciach Harlequina znalazłem odpoczynek i pogodę ducha. Nie oznacza to, że będę teraz czytał tylko Harlequiny, bo są zbyt przewidywalne, lecz nie mogę nie podkreślić ich walorów. Za brak powszechnego chamstwa i wulgarności gwiazdek 6.