Monday, 6 March 2017

Witold GOMBROWICZ - "Dziennik (1957 - 1961)

Witold GOMBROWICZ - "Dziennik (1957 – 1961)"

W 1957 roku Gombrowicz (1904 – 1969) przebywa dalej w Argentynie, a na temat okresu omawianego w tym tomie "Dziennika", z Wikipedii wiem:
"...W 1950 r. nawiązał korespondencję z Jerzym Giedroyciem i od 1951 r. publikował w paryskiej „Kulturze", tam w 1953 r. rozpoczął druk fragmentów 'Dziennika'. W tym samym roku Instytut Literacki w Paryżu wydał powieść 'Trans-Atlantyk' i dramat 'Ślub' (w jednym tomie, jako 1. tom „Biblioteki Kultury”). Powieść ta w kontrowersyjny sposób podejmowała problem tożsamości narodowej Polaków na emigracji, przedstawiając jej karykaturalny wizerunek. Po 'Pażdzierniku 1956' cztery książki Gombrowicza ukazały się w kraju, a ich autor zyskał duży rozgłos; po roku 1958 władze nie zezwalały już na druk następnych książek. Gombrowicz zyskał natomiast w latach 60. sławę światową, uwieńczoną tłumaczeniami dzieł, także kolejnych powieści:'Pornografii' i 'Kosmosu', oraz realizacjami teatralnymi jego dramatów, szczególnie we Francji, Niemczech i Szwecji...."

Dziennik lat 1957 - 1961 został wydany w formie książkowej w Instytucie Literackim w Paryżu, w 1962 roku i niniejszą recenzję piszę z tym wydaniem w ręku.
Zaczyna się od dywagacji autora na temat „Ferdydurke”, w związku z sensacją, jakie wzbudziło jej wydanie w Kraju. Gombrowicz zarzuca czytelnikom pominięcie „degradacji człowieka przez formę”. Pisze on (s. 10):
„...Oni mówią - i słusznie - że w Ferdydurce' człowiek jest stwarzany przez ludzi. Ale rozumieją to przede wszystkim jako uzależnienie człowieka od grupy społecznej, która narzuca mu obyczaj, konwenans, styl.. ...A degradacja?.. ..Skupili się na.. ..problemie deformacji - zapomnieli, że 'Ferdydurke' jest także książką o niedojrzałości... ..jest obrazem walki o własną dojrzałość kogoś zakochanego w swej niedojrzałości...”

Ostatnie zdanie dobitnie wskazuje, że najtrafniejszym recenzentem dzieł Gombrowicza jest sam Gombrowicz. Powstaje w związku z tym dylemat czy czytać jego utwory bez znajomości 'Dziennika', czy też odwrotnie czytać „Dziennik' bez znajomości utworów? Wyjście jest jedno, bez względu od czego się zacznie trzeba i tak wielokrotnie wracać do obu. Nie można docenić arcydzieł po pierwszym, z natury rzeczy powierzchownym, kontakcie.

Gombrowicz przypomina też studium o „Ferdydurce” Bruna Schulza, drukowane w przedwojennym 'Skamandrze'.

Lektura 'Dziennika' jest pasjonująca a próby recenzji skazane na niepowodzenie, przede wszystkim, ze względu na przeogromny ładunek interpretacyjny. Lapidarnie ujmując z 'Dziennika' dowiaduję się, co Gombrowicz chciał mnie w danym utworze powiedzieć. Sam bym tyle nie odkrył. I dlatego 'Dziennik' jest kluczem do zrozumienia jego twórczości.

'Dziennik' jest również środkiem szokowania czytelników swoimi poglądami. I tu trzeba gorzką pigułkę przełknąć: to nie jest osobisty memuar, lecz przemyślana forma autoprezentacji Wielkiego Megalomana, który non-stop prowokuje czytelnika, by ten go uznał i zapamiętał. Ja mu tę słabostkę dawno wybaczyłem, bo jest faktycznie Wielki, lecz znajdzie się wielu, którzy ujrzą przede wszystkim - Błazna.

W moim przekonaniu Wielka Trójca (Gombrowicz, Schulz, Witkacy) to akme polskiej literatury i nie spodziewam się istotnych zagrożeń dla ich prymatu. Oczywiście 10 gwiazdek.