Friday, 17 March 2017

Toni MORRISON - "Pieśń Salomonowa"

Toni MORRISON - "Pieśń Salomonowa"

Toni Morrison właśc. Chloe Anthony Wofford-Morrison (ur. 1931), c z a r n a amerykańska pisarka, nagrodzona Noblem w 1993, podobno z przekonań feministka. Wstyd wielki, ale nigdy o niej nie słyszałem.
Rozstrzelonym drukiem napisałem "czarna", bo stary jestem i nie nauczę się już political correctness, by o Murzynie mówić Afro-Amerykanin, a starałem się dobrać słowa, by najkrócej scharakteryzować omawianą książkę i eo ipso wyszło mnie tak: "czarna o czarnych", bo podobno żaden biały w tej książce nie występuje.
Zaskoczony tą książką, postanowiłem, wbrew swoim zasadom, eksperymentować i nic o niej nie czytać, by recenzję napisać emocjonalnie, bez wpływu jakichkolwiek interpretacji czy ocen.

Kontrowersyjna murzyńska wersja „American dream”. Pierwsze wrażenia to przemieszanie animizmu z chrześcijaństwem. Zjawisko, które szeroko relacjonują polscy misjonarze w Afryce, gdzie prozelityzm chrześcijański musi iść na ustępstwa wobec głęboko zakorzenionych tradycji animistycznych. W rezultacie świat duchowy, pełen magii, tajemnic i niedomówień, tworzą przemieszane mity, baśnie pogańskie i historie biblijne. Zabawne jest nadawanie imion z Biblii w zależności od czytanej Księgi. I tak występują: Hagar, Salomon, Koryntian, Piłat czy Ruth. (Jeśli Piłat, to konsekwentnie winna być Rut). Z kolei imię „Koryntian” przypomina mnie znajomego Cygana imieniem Paramount (od wytwórni filmowej). Skoro jesteśmy przy nazwach własnych, to mnie razi „Nieboszczyk” - w oryginale „Dead”. Chyba wolałbym „Umarlaka” „Truposza” czy, po prostu „Trupka”.

Jest to opowieść przygnębiająca, bo adaptacja czarnoskórych w amerykańskiej rzeczywistości to naśladownictwo, „małpowanie” białych. Liczy się mamona, więc celem jest jej zdobycie, bo to daje awans społeczny. Czyli temat do znudzenia opisywany w literaturze amerykańskiej jako „American dream”. W trakcie lektury przypomniała mnie się wspaniała książka Archera „Kane i Abel”, bliższa mnie, bo opisująca karierę biednego imigranta z Polski. Tutaj ojciec (Macon) przedstawia synowi (Mleczarzowi) amerykańską idee fixe (s. e-booka 130):

„.. A teraz posłuchaj, co ci powiem, a co zawsze powinieneś wiedzieć: trzeba coś posiadać. I niech to, co posiadasz, przysparza ci dobra. Wtedy będziesz panem siebie i innych ludzi...”

Przerażające, lecz nie zmienia to faktu, że książka zasługuje na uwagę, jak i że Morrison ma „dobre pióro” i że czyta się ją z dużym zaangażowaniem emocjonalnym. Piszę bezpośrednio po lekturze, w stanie pewnego podniecenia i dlatego daję ostrożnie 7 gwiazdek, które po ochłonięciu może ulec zmianie, równie dobrze w górę, jak i w dół.

Z obowiązku recenzenckiego odnotowuję dwa dyżurne tematy obszernie poruszane w książce: rasizm i seks. Niestety autorka w tych materiach nie wnosi absolutnie nic nowego ani oryginalnego. Szczególnie tematyka rasistowska, w tym porównania z zagładą Indian czy Holocaustem, są żenująco oklepane i pełne frazesów.