Monday, 30 January 2017

Władysław TATARKIEWICZ - "O szczęściu"

Władysław TATARKIEWICZ - "O szczęściu"

Władysław Tatarkiewicz (1886 -1980), przede wszystkim autor trzytomowej "Historii filozofii" (1931). A skoro wspomnieliśmy o historii filozofii, to w przypadku polskiej najważniejsza rola w tworzeniu jej przypadła "Szkole lwowsko–warszawskiej".
Wikipedia:
"Szkoła lwowsko-warszawska – polska filozoficzna szkoła naukowa, zapoczątkowana przez Kazimierza Twardowskiego (1866 – 1936).. ..we Lwowie i rozwijana dalej przez jego uczniów w Warszawie... ..z wyjątkiem Romana Ingardena i Henryka Elzenberga do lat 50. praktycznie wszyscy polscy filozofowie mieli kontakt ze szkołą. Sukcesorami szkoły byli między innymi: Kazimierz Ajdukiewicz, Tadeusz Kotarbiński, Stanisław Leśniewski, Jan Łukasiewicz, Alfred Tarski, Stanisław Schayer, Zygmunt Zawirski, Tadeusz Czeżowski Władysław Witwicki, Mara Ossowska, Stanisław Ossowski, Władysław Tatarkiewicz i Izydora Dąmbska.."

Przechodząc do omawianej pozycji, przytaczam opinie o niej biografa Tatarkiewicza - Marka Jaworskiego:
".....zawiera przegląd podstawowych koncepcji szczęścia i dróg jego osiągania.. Nie jest to poradnik praktyczny, ale głęboka refleksja nad jedną z fundamentalnych kategorii etycznych. Książka ta może najpełniej prezentuje 'etyczny optymizm' szkoły lwowsko-warszawskiej.."

Gruby to tom, a żeby celnych określeń nie pogubić, wynotowuję je sukcesywnie:
Arystoteles: być szczęśliwym to ”dobrze żyć i dobrze się mieć” (s. 19)
Boecjusz: szczęście to stan doskonały, a doskonały przez to, że łączy wszystkie dobra” (s. 19)
św. Augustyn: szczęśliwy jest człowiek, który posiada to, czego chce, a nie chce nic złego (s. 20)
św. Tomasz: ..kto szczęście osiągnie, niczego już pragnąć nie może: jest ono bowiem dobrem najwyższym, które wszystkie dobra w sobie zawiera (s. 21)
Leopardi, poeta włoski: czymkolwiek jest szczęście, jest ono niemożliwe do osiągnięcia (s. 23)
Artur Górski: Szczęśliwym naprawdę bywa ten, kto swego szczęścia nie zawdzięcza szczęściu (s. 26)

Ta różnorodność definicji wynika z wieloznaczności szczęścia, bo mieści się tu także i pomyślność, i zadowolenie, i wielka radość, i eudajmonia (jako posiadanie najwyższych dóbr).. Tatarkiewicz filozofuje nad definicją szczęścia kończąc wnioskiem znanym mnie od zawsze, że precyzyjna „definicja szczęścia nie zdaje się być osiągalna...”(s. 42), uprzednio podając dwie definicje wynikające z dwoistości szczęścia (s. 40):
„- Szczęściem jest trwałe, pełne i uzasadnione zadowolenie z życia. Albo: jest nim życie dające trwałe, pełne o uzasadnione zadowolenie...”

Wracając do uwag o szczęśliwości, które mnożą się nader licznie, zaczynam teraz od Seneki:
Seneka: Nie jest szczęśliwym, kto nie ma się za szczęśliwego (s. 45)
W. Gruszczyński (r.1717): Szczęśliwy jest, kto kontent ze swojego szczęścia (s 45)
Tę samą myśl wypowiada współczesny autor w egzystencjalistycznej terminologii:
V. Jankelevitch (1963): Szczęście daje pełnie zadowolenia tylko, jeśli zdwaja własny obraz w zwierciadle refleksji, to znaczy jeśli jest nie tylko 'w sobie', ale także 'dla siebie' (45)
G. Eliot, XIX w. powieściopisarka: - szczęście to 'opasła obojętność dla cudzych trosk' (s. 52)

Tatarkiewicz pracowicie (i nudnawo) opisuje koleje pojęcia szczęścia, lecz mnie przypadło dopiero do gustu motto rozdziału V pt „Przyjemności a szczęście”:
W. McDougall „Social Psychology
„Happiness is related to joy in the same way that joy is related to pleasure” (s. 73)

Tatarkiewicz napisał wspaniałą książkę, a powyższe cytaty winny Państwa skłonić do samodzielnej lektury. Natomiast mnie poddał pomysł, abym zamieścił tu swój stary esej dot. szczęścia pt:

EPIKUREISM 4.04.2011

"Trzy tygodnie temu profesor filozofii z Krakowa – Jan Hartman wywołał burzę wyzywając młodych ludzi od „EPIKUREJCZYKÓW” i to w tym gorszym, potocznym znaczeniu tzn ludzi dążących do używania życia, ceniących ponad wszystko uciechy i wygody, inaczej mówiąc HEDONISTÓW i SYBARYTÓW. . Znęcając się nad dzisiejszą młodzieżą, pisał /w Tygodniku Powszechnym/:
„Młodzi torturują siebie i nas trywialnym NIHILIZMEM, wypranym z jakiejkolwiek idei moralnej”
oraz dalej: (dla młodzieży)
„..LICZY SIĘ JEDNO: PRZYJEMNE, DAJĄCE WIELE RADOŚCI ŻYCIE”
Nie jestem nihilistą (który lubi i z tą, i z tą – parafraza Sztaudyngera) ale wiem, że liczy się jedno: przyjemne, dające wiele radości życie.
Nie wiem natomiast, ile wiosenek liczy sobie Pan Profesor; wiem natomiast, że psychicznie jest starym RAMOLEM i SAFANDUŁĄ, gdyż upierdliwe narzekanie na młodzież, tudzież idealizowanie czasów swojej młodości ciągnie się od demokracji ateńskiej i zawsze jest oznaką uwiądu starczego. /Znalazłem wiek p. prof. - 44/
W moim długim życiu byłem świadkiem ataków na boogie-woogie, kapitalistę Augusta Bęcwalskiego [karykaturalna postać brzuchacza z cygarem w zębach] i wściekłego psa imperializmu Józefa Broz-Tito, potem na bikiniarzy w kolorowych skarpetkach i w butach na słoninie; gdy miałem 15 lat przyszedł rock’n’roll i plereza a la Elvis, do tego piwnice i prywatki, aż w końcu hippies, Czerwone Brygady i światowy bunt młodzieży w 1968 roku. Dalej nie będę wymieniał bo stałem się dorosłym i automatycznie przeszedłem na stronę „narzekaczy”. Taka to już reguła, że niespełnieni „starzy” krytykują „młodych”. A że z każdej lektury można wyciągnąć korzyści, to ta stała się dla mnie inspiracją do skreślenia paru uwag o epikureizmie w ogóle, jak i w „Kosmosie” Gombrowicza, w „Dniu Świra” Koterskiego oraz w moim własnym starczym życiu.
Aby pozostać w zgodzie z przyjętą przeze mnie metodologią pisania, wyjaśniam, że „ramol” wywodzi się z francuskiego „ramolli” /zidiociały/, a „safanduła” to tyle co mantyka, nudziarz, zrzęda czy tetryk. Co do HEDONISTY to wywodzi się z greckiego „hedone” /przyjemność, rozkosz/, a hedonizm to doktryna etyczna stworzona przez Arystypa z Cyreny /IV w.pne/, uznająca przyjemność za cel i najwyższe dobro człowieka, jak również za główny motyw działania, a uniknięcie przykrości za warunek szczęścia. SYBARYTA zaś to człowiek rozmiłowany w zbytku i wygodzie, a nazwa pochodzi od greckiej kolonii w płd. Italii Sybaris , której mieszkańcy byli smakoszami i w VII w.pne napisali pierwszą książkę kucharską. Obawiając się własnej sklerozy wspomnę tu, że właśnie na bazie hedonizmu i epikureizmu powstał w XVIII w. UTYLITARYZM. /Bentham, Mill&Mill/ głoszący, że celem wszelkiego działania powinno być „największe szczęście największej liczby ludzi”. .

Wracając do tematu; czyż marzenie „o przyjemnym, dającym wiele radości życiu” jest zarezerwowane dla „młodzieży”? A „dorosłemu” nie wolno pomarzyć? Nie mówię już o „starych”, bo im z reguły doskwiera ból, który jest negacją przyjemności. Istnieją bowiem dwa stany czuciowe: przyjemność i ból. I „condicio sine qua non” /warunkiem nieodzownym/ zaznania przyjemności jest brak cierpienia. Do osiągnięcia najwyższego celu, jakim jest szczęście prowadzi dobro najwyższe, jakim są przyjemności, które dostępne są tylko w ATARAKSJI tj w spokoju i równowadze ducha wobec zdarzeń zewnętrznych, a zwłaszcza przeciwności losu powodujących szczególnie ból lub strach przed bogami i śmiercią.

Ból cielesny możemy próbować usunąć środkami fizycznymi, natomiast do usunięcia strachu przed bogami i śmiercią konieczny jest rozum. To rozum, który sobie zdaje sprawę z tego, jaki jest cel i jakie są granice ciała, może nas uwolnić od strachu przed nieskończonością, przez co zapewni nam życie doskonałe, tak, że odtąd nie będziemy odczuwać już potrzeby wiecznego trwania. Mędrzec nie unika przyjemności, a strach przed bogami czy też śmiercią się go nie ima, bo jak tłumaczy Epikur:

„Bogowie wszakże istnieją, i wiedza o tym jest oczywista; nie istnieją jednak w ten sposób, jak to sobie tłum wyobraża.....Wszak sądy tłumu nie opierają się bynajmniej na wyobrażeniach pojęciowych, lecz na fałszywych domysłach. Stąd też wywodzi się przekonanie, że bogowie zsyłają na złych największe nieszczęścia, a dobrym świadczą największe dobrodziejstwa. Ludzie zapatrzeni bez reszty we własne zalety, uważają bogów za podobnych do siebie, a to, co jest od nich różne – za obce”.

Do tego dodam swoje trzy grosze, że skoro nieszczęścia, jak i dobrodziejstwa rozdzielane są przez bogów autorytarnie, to jakakolwiek modlitwa jest ewidentną głupotą, a ponadto bezczelnością. Z pewnym wyprzedzeniem wspomnę tu „Dzień Świra”, w którym kato-Polacy modlą się, by wszelkie nieszczęścia dotknęły nie ich, lecz sąsiadów.

Wróćmy do Epikura i zobaczmy, dlaczego strach przed śmiercią, dla mędrca, jest bezsensowny. Pisze on:

„Staraj się oswoić z myślą, że śmierć jest dla nas niczym, albowiem wszelkie dobro i zło wiąże się z czuciem; a śmierć jest niczym innym, jak właśnie całkowitym pozbawieniem czucia. Przeto owo niezbite przeświadczenie, że śmierć jest dla nas niczym, sprawia, że lepiej doceniamy śmiertelny żywot, a przy tym ....wybija nam z głowy pragnienie nieśmiertelności.
W istocie bowiem nie ma nis strasznego w życiu dla tego, kto sobie dobrze uświadomił, że przestać życ nie jest niczym strasznym. Głupcem jest atoli ten, który mówi, że lękamy się śmierci nie dlatego, że sprawia nam ból, gdy nadejdzie, lecz, że trapi nas jej oczekiwanie. Bo zaiste, jeśli jakaś rzecz nie mąci nam spokoju swoją obecnością, to niepokój wywołany jej oczekiwaniem jest zupełnie bezpodstawny. A zatem śmierć, najstraszniejsze z nieszczęść, wcale nas nie dotyczy, bo gdy my istniejemy, śmierć jest nieobecna, a gdy tylko śmierć się pojawi, wtedy nas już nie ma. ......Tłum raz stroni od śmierci jako od największego zła, to znowu pragnie jej jako kresu nędzy życia. Atoli mędrzec, przeciwnie, ani się życia nie wyrzeka, ani się śmierci nie boi, albowiem życie nie jest mu ciężarem, a nieistnienia nie uważa wcale za zło. Podobnie jak nie wybiera pożywienia obfitszego, lecz smaczniejsze, tak też nie chodzi mu bynajmniej o trwanie najdłuższe, lecz najprzyjemniejsze”.

Epikur, pozostając konsekwentny swoim poglądom, gdy zmogła go kamica nerkowa, cierpiał zaledwie 12 dni, po czym wszedł do spiżowej wanny z ciepłą wodą, napił się mocnego wina i zmarł.
.
Nie boimy się już bogów ani śmierci, przeto, aby osiągnąć ATARAKSJĘ tj stan szczęścia wskutek błogosławionego spokoju, NIEZMĄCYWALNEGO czynnikami zewnętrznymi, musimy już tylko zaspokoić nasze pożądania. A te są:

„..NATURALNE I KONIECZNE oraz NATURALNE I NIEKONIECZNE, są wreszcie i takie, które nie są ANI NATURALNE, ANI KONIECZNE, a są tylko wytworem czczych urojeń”.

Do osiągnięcia szczęścia wystarcza zaspokojenie pożądań „naturalnych i koniecznych” tj tych, które przynoszą ulgę w cierpieniach, np picie gaszące pragnienie czy jedzenie usuwające głód. Obżarstwo czy też nadmierne picie jest naturalne, lecz niekonieczne, a tezauryzacja wzorowana na Midasie – i nienaturalna i niekonieczna, więc jest wytworem „czczych urojeń”. Konieczne wydaje się podkreślić, że pożądania materialne są nieograniczone, więc nie warte zbędnych starań. Jak widać, epikureism przedstawia program poniekąd minimalistyczny, bo wg niego szczęście jest dostępne dla każdego obdarzonego rozumem, bez względu na status majątkowy.

Klasycznym przykładem powyższego jest epikureizm uprawiany przez Leona w „Kosmosie” Gombrowicza. Emerytowany urzędnik bankowy w prowincjonalnej filii banku, zdominowany przez żonę w związku trwającym, podobnie jak praca w banku 35 lat, stwarza „SWÓJ INTYMNY MAŁY ŚWIAT”, w którym jest szczęśliwy. Radość daje mu rytualne mlaskanie, infantylne zdrabnianie słów, a przede wszystkim lepienie kulek z chleba. On czerpie ze wszystkiego przyjemność. A do tego mitologizacja najważniejszego wydarzenia w jego życiu: zbliżenia fizycznego na wrzosowisku z kuchtą z pobliskiego pensjonatu przed 27 laty. Ten jedyny „skok na bok” urasta do aktu strzelistego, bo był jedyną jego próbą wyłamania się z konwenansów. To jego tajemnica, którą otacza się jak murem przed siłami zewnętrznymi zagrażającymi jego ataraksji.

U Koterskiego mamy ten sam „INTYMNY MAŁY ŚWIAT”. Świr, grany przez Marka Kondrata, to sfrustrowany gimnazjalny polonista, starający odizolować się od wpływu sił zewnętrznych, destrukcyjnych dla jego spokoju. Wszystkie czynności, wykonywane rytualnie mają doprowadzić go do ekstatycznego stanu upojenia lekturą „Stepów Akermańskich” Mickiewicza. Niestety, groteskowo potraktowane czynniki zewnętrzne uniemożliwiają mu izolację.

W życiu podobnie bywa. U zmierzchu życia mój Ojciec głosił dewizę:

„Przynoście mi wiadomości tylko dobre; złe zakłócają mój święty spokój, a poza tym wobec złych i tak jestem bezradny”.

I ja, na starość, też ją wyznaję. Jestem szczęśliwy, bo mam spokój. A ściśle walczę o święty spokój. Rytuałów przestrzegam od czwartej rano: oporządzić koty, przygotować żonie I i II śniadanie, kawę, umyć się, wysłuchać dziennika o 5 rano, podnieść hantle dokładnie 197 razy, w międzyczasie obejrzeć kanadyjskie wiadomości, skoczyć do maszyny po darmową gazetkę, obejrzeć w TV Polonia wiadomości o 6, potem „Plebanię”, rozwiązać krzyżówkę i sudoku z gazetki, wypić kawę i porozmawiać z żoną, o 7 dziennik i W11, a o wpół do dziewiątej przegląd prasy. Potem róznie bo i spacer na Pape, /6 km/, /ostatnio nie za bardzo bo z nogami kiepsko/, i zakupy, i pranie, lecz przede wszystkim czytanie lub pisanie, czasem drzemka. Od 17 do 18.30 telewizja, do dziennika gra w tysiąca, dziennik, a od 20 do 22 moja żona zalicza seriale, a ja pasjanse i kakuro. O 22 gaszę światło i w trakcie kryminałka kanadyjskiego zasypiam. Porządek dzienny /i nocny/ uzupełniają dwie kocice, które albo mają chcicę, albo chcą się bawić, a w nocy buszują i gryzą w palce u nóg. I tak ja również osiągnąłem ataraksję i mam „SWÓJ INTYMNY MAŁY ŚWIAT”.

Dopisek 2,5 roku później tj 12.11.2013: Hantli już nie podnoszę, na spacery nie chodzę, TV-nie oglądam, ale mam /ostatnio/ - internet, a nieustannie „swój intymny mały świat”, z którego wynurzam się, by na blogu zamieścić moją pisaninę"

Przepraszam za odwagę, jeśli Państwu się nie spodobało