Tuesday, 22 December 2015

Barbara RYBAŁTOWSKA - "Koło graniaste"

Barbara RYBAŁTOWSKA - "Koło graniaste"

Zachwycony byłem II częścią tej wojennej sagi, teraz czas na trzecią. Głównym walorem książki jest autentyczność, I już na samym początku mamy urocze powitanie tułaczy, którym z sowieckiej wywózki udało się wrócić, przemierzając pół świata, powitanie autentyczne aż do bólu (s. 13):
"....wy, coście jeździli sobie po świecie, zamiast walczyć z wrogiem"
Jakie to polskie, to przypisywanie sobie zasług. Przecież aktualnie, 70 lat po wojnie, mamy identyczne pretensje i podziały. I tak samo aktualne jest stwierdzenie (s. 45):
"..- Polityka to najgorsze co może być. Stąd się biorą wszystkie nieszczęścia, ale jak świat światem nie da jej się uniknąć.."
A to Państwo znacie? (s, 87):
„....co to za ludzie. Sługusy i wszelkiego autoramentu maluczcy, którzy chcą na fali nowego porządku zrobić karierę. Montują sobie w tym celu specjalne życiorysy, mające wykazać, jak to cierpieli.... ...Z takim samym oddaniem i zaangażowaniem służyliby każdej władzy, która objęłaby akurat rządy...”
Autorka pisze to o latach 40 – tych, a nie o posłach i senatorach w roku 2015!!!! Dziwna zbieżność? Zeszmacenie jest niezależne od czasu!

Trafnie skomponowany jest wątek wyjścia z kaźni ubeckiej Teofila w 1948 roku, a więc apogeum Wojny Domowej. Bohaterka i cała jej inteligencka rodzina po prostu cieszy się, nie dostrzegając w tym zwolnieniu niczego osobliwego. No cóż, oni rozproszeni, bo rozproszeni, lecz wszyscy jakoś w tym systemie sobie żyją. Typowy narodowy konformizm. Jedynie stryjek Teofila, prosty chłop go zagaduje (s. 129):
„ - A ciebie, Teoś, to na dobre wypuścili? A możeś się im zaprzedał, bo to i mieszkanie, i pracę masz, aż dziwno. Cyrograf jaki podpisałeś czy co?”
Proszę jednak pamiętać: WYBORU NIE MIAŁ, bo stalinowski szantaż „rodzinny” złamie każdego porządnego człowieka. Takie czasy, dlatego szokuje mnie obecna łatwość oceniania i „lustrowania” zachowań ludzkich w tamtych czasach przez młodych, którzy tego nie zaznali.
Terror słabnie, powstają dylematy: co robić? (s. 195):
„....można albo w tym aktywnie uczestniczyć, albo stać z boku.
- Tylko, że wtedy nie ma się udziału w apanażach, ani w tym żeby zabiegać złu. Może właśnie w działaniu można coś naprawiać, czemuś zapobiegać/ Rzeczywistość jest, jak jest, i wydaje się umacniać...”
Czytam tekst Rybałtowskiej ze wzrastającym zainteresowaniem, bo już mamy rok 1953, (ja mam 10 lat) pamiętny dla mnie ze względu na śmierć, w tym samym wieku, 73 lat, mojej Babci oraz Stalina. Szczególnie żałobę na apelu szkolnym autorka oddaje dokładnie zgodnie z moimi wspomnieniami. Wszyscy płakali, i to nie z żalu czy z radości, lecz z niewiedzy. Opętani stalinowskim reżimem nie dorośliśmy do wielkości chwili - końca największego mordercy wszech czasów. Trzy lata (zakończone referatem Chruszczowa) świat potrzebował, by docenić wielkość tej chwili.
A w książce? W tym samym roku Kasia zrobiła maturę, Teofil.... nie, nie będę zdradzał fabuły, a ja dojechałem do ostatniej strony, a chciałbym wiele więcej.. Fajna książka!!!