Tuesday, 18 February 2014

Paul AUSTER - SZALEŃSTWA BROOKLYNU

Paul AUSTER - “The Brooklyn Follies”

„”You can’t change weather” - znaczy, że pewne rzeczy są, po prostu, takie, jakie są, a my nie mamy wyboru, lecz musimy je akceptować”. Moje /może nieporadne, ale dosłowne/ tłumaczenie cytatu ze str.25 to motto tej książki.

Idealizm cechuje młodych; walczyć z całym światem można, ale PO CO?. Rozmawia o tym dwóch starych /Harry i Nathan/ z młodym /Tom/. /str.99-110/, a kropkę „nad „i” autor stawia, kończąc akcję książki na 46 minut przed atakiem na WTC /11.09.2001/, po którym „dym z trzech tysięcy spalonych ciał będzie się unosił nad Brooklynem i opadnie na nas jako biała chmura popiołów i śmierci”. To brzmi jak przestroga, bo zanim nastąpi skończymy lekturę ostaniego zdania:

„Ale, ponieważ teraz, jest wciąż godzina ósma, więc spaceruję aleją pod lśniącym błękitem nieba, będąc szczęśliwy, moi przyjaciele, tak szczęśliwy, jak ktokolwiek, kto kiedykolwiek żył”

Bynajmniej, autor nie przedstawia wizji katastroficznej. U Austera każdy poszukuje swego miejsca w życiu, swego „The Hotel Existence”, i prawie każdy znajduje, bo sprzyja temu wszechobecna tolerancja, pobłażanie i empatia. Nie walczmy więc ze światem, lecz starajmy się stworzyć „swoj intymny mały świat” /wzorem Sammy Lee/. To nie jest konformizm; to jest HUMANIZM.

Tak więc, Auster znów zachwyca. I znów jego Brooklyn. W „Sunset Park” centralną postacią był 28-letni „uciekinier”, a tu 59-letni schorowany emeryt, który u schyłku życia zamierza napisać książkę pt „Book of Human Folly”, lecz natłok wydarzeń w otaczającej go rzeczywistości uniemożliwi mu to. Nasz bohater - Nathan jest spoiwem całej powieści: jest powiernikiem, spowiednikiem, słuchaczem, głosem rozsądku i sumienia oraz zaklinaczem przyszłości. A to wszystko jest wynikiem jego aposteriorycznej mądrości, czyli, mówiąc po ludzku, umiejętności korzystania z doświadczenia życiowego.

W trzystu stronicowej książce mamy bogactwo, szczegółowo sportretowanych, różnorodnych postaci, przedziwne ich losy, zbiegi okoliczności, lecz przede wszystkim wszechobecną miłość we wszelkich możliwych odmianach. Przyjemności płynącej z tej lektury nie mogę potencjalnemu czytelnikowi odbierać, przechodzę więc do strefy „intelektualnej”.

Autor niebezpiecznie balansuje na granicy percepcji czytelnika nasycając książkę, o raczej skromnej objętości, światem intelektu w formie wtrąconych dykteryjek raczej mniej, niż bardziej, związanych z treścią. Takie igraszki są niebezpieczne, czego dowiódł, zatracając czytelność, m.in Saul Bellow, Philip Roth czy Umberto Eco /o Joyce nie mówię, bo to trochę inna sprawa/. Nie chciałbym, aby mój ulubiony pisarz stracił równowagę w tej materii. A w omawianej książce m,in. mamy: porównywanie E.A.Poe /1809-49/ z Henry’m Davidem Thoreau /1817-62/; dalej historię grobu Poe’go - „pierwszego pisarza jakiego Ameryka dała światu”/, który honorują stojąc razem „twin fathers of modern poetry” Walt Whitman /1819-92/ i Stephane Mallarme /1842-98/; wcześniej historyjkę o Ludwigu Wittgensteinie /1889-1951/. Kuriozalna jest strona 150, na której znalazły się następujące nazwiska: Stendhal, Melville, Kafka, Flaubert, Musil, Cervantes, Marlowe, Higginson, Dickinson, Poe i Griswold. Ale to takie drobne utyskiwania, jako, że należę do czytających dokładnie.

Podobała mnie się natomiast nazwa zespołu bluesowego - „Brave New World” /nawiązująca do Huxleya. Książkę POLECAM, i przypominam o moim ulubionym „Timbuktu”
A jeszcze piękna dykteryjka o Kafce, który pocieszał dziewczynkę w parku pisząc do niej listy w imieniu zagubionej lalki.