Friday, 21 February 2014

Kurt VONNEGUT - "RZEŻNIA NUMER PIĘĆ"

Kurt VONNEGUT - “Rzeżnia numer pięć”

UWAGA!!! ARCYDZIEŁO !!! DOSKONAŁOŚĆ FORMY I TREŚCI, a w dodatku dojrzałość intelektualna, tak rzadko spotykana u pisarzy amerykańskich.
Vonnegut wystawił sobie ocenę A+, a mnie zabraklo skali: A+++++++++++++++...

Wspominaną przeze mnie, niedawno /por. „Dzieciństwo Jezusa” Coetzee’a/ dewizę Terencjusza „Nihil humani a me alienum puto” /”Nic ludzkiego nie jest mnie obce”/ Vonnegut przeniósł na o wiele „wyższą półkę”, za pomocą jednego zwrotu kwitującego naszą przeszłość, terażniejszość i przyszłość - ZDARZA SIĘ. To „zdarza się” wykracza poza pole działalności ludzkiej powodując tym samym HUMANISTĘ pojęciem zbyt wąskim dla geniuszu autora. Ad hoc zauważam paralelę wszechświatów Vonneguta i mego ukochanego LEMA, a „wypadanie z czasu” to ulepszony wehikuł H.G.Wellsa.

W gabinecie Billy’ego, jak i kopercie medalionu „kosmicznej” żony – Montany, autor umieścił modlitwę:

„Boże, daj mi pogodę ducha,
abym godził się z tym, czego zmienić nie mogę,
odwagę, abym zmieniał to, co zmienić mogę,
i mądrość, abym zawsze potrafił
odróżnić jedno od drugiego”.

I uzupełnił cynicznym stwierdzeniem: „Do rzeczy, których Billy nie mógł zmienić, należała przeszłość, terażniejszość i przyszłość”. Pozostawał więc „zbiór pusty”.

Przejaw humanizmu Vonneguta odnajdujemy w komentarzu do ewangelicznego opisu tragedii żony Lota:

„Ona jednak obejrzała się i ZA TO JĄ KOCHAM, bo to było TAK LUDZKIE” /podkr.moje/

W powieści pojawia się, znany nam ze „Śniadania mistrzów” autor książek fantastycznonaukowych Kilgore Trout i jedyny jego czytelnik Eliot Rosewater. Przypomnę, że „Śniadanie...” oceniłem jako fatalny „wypadek przy pracy”, który jestem teraz skłonny skorygować do „nieudanego preludium” przed wspaniałym „opusem”, w którym dojrzała osobowość Rosewatera służy autorowi do wypowiedzenia „vonnegutowskiego” CREDO.

Rosewater uważa, że „brak sławy Kilgore’a Trouta był całkowicie zasłużony. Proza w jego wykonaniu budziła grozę. Miał tylko dobre pomysły”. Podobnie jak William Blake /1757-1827/ który wywarł tak wielki wpływ na „naszego” Miłosza /por.”Ziemia Ulro”/.

Bo Billy Pilgrim /po naszemu PIELGRZYM!!!/ i Rosewater „usiłowali na nowo odnależć siebie i swoje miejsce w świecie. Fantastyka naukowa była im w tym wielką pomocą”. A to dlatego, że...

„..wszystko czego można się dowiedzieć o życiu, jest w „Braciach Karamazow” Fiodora Dostojewskiego.
- Ale TO JUŻ DZIŚ NIE WYSTARCZA - powiedział Rosewater” /podkr.moje/

Bo Pilgrim i Rosewater, Lem i Miłosz ze „swoim” Swedenborgiem i Blakem, jak i Bruno Schulz pospołu z Witkacym, to ludzie.....

„...których schorzenia umysłowe nie dają się uleczyć, ponieważ ich przyczyny leżą w czwartym wymiarze i trójwymiarowi ziemscy lekarze nie potrafią ich sobie nawet wyobrazić”.

Vonnegutowski /wymyślony/ Trout i miłoszowski /rzeczywisty/ Blake twierdzą, że..

„....wampiry, wilkołaki, chochliki, anioły i tak dalej istnieją naprawdę, ale w czwartym wymiarze.. ...Podobnie jak niebo i piekło”.

Wprowadzając wątek „Ewangelii z Kosmosu” Trouta autor zastanawia się „dlaczego chrześcijanie wykazują taką skłonność do okrucieństwa”. Odpowiedzi nie udziela a wszystko obraca w żart, udzielając nam cyniczną przestrogę:

„Zanim kogoś zabijecie, upewnijcie się, czy nie ma on zbyt mocnych pleców”.

Skoro już wspomnieliśmy o chrześcijanach, to posłuchajmy uwagi Vonneguta na temat podstawy doktrynalnej tej religii, czyli nadanej ludziom przez Boga - WOLNEJ WOLI. Ustami Tralfamadorczyka mówi:

„Gdyby nie moje długoletnie studia nad Ziemianami, nie wiedziałbym w ogóle co to znaczy „wolna wola”. Byłem na trzydziestu jeden zamieszkanych planetach i studiowałem materiały dotyczące stu innych. Ziemia jest jedyną planetą, na której wspomina się o czymś takim jak wolna wola”.

Do chrześcijaństwa nawiązuje też druga część pełnego tytułu książki, który brzmi:

„RZEŻNIA NUMER PIĘĆ czyli krucjata dziecięca czyli obowiązkowy taniec ze śmiercią”

Nie miejsce, ani czas na zajmowanie sie tu jedną z czarnych kart w historii chrześcijaństwa. Nas interesuje przeniesienie nazwy „krucjata dziecięca” na końcowe sceny teatru Drugiej Wojny Światowej, kiedy to, po obu stronach walczyły niewinne dzieci. Żona weterana, Mary O’Hare szydzi z zakłamania i apologii bohaterstwa jej uczestników:

„-Będziecie udawać, że byliście mężczyznami, a nie dziećmi, i w filmie będą was grali Frank Sinatra i John Wayne albo któryś z tych wspaniałych, zakochanych w wojnie obleśnych staruchów. I wojna będzie wyglądać tak cudownie, że zapragniemy nowych wojen. A walczyć będą dzieci...”.

Pierwsza część tytułu - ta rzeżnia, to miejsce w którym przetrwało około 100 jeńców amerykańskich w czasie dywanowego bombardowania Drezna. Wydaje mnie się przesadne eksponowanie tego miejsca przez recenzentów. Fakt, że Vonnegut osobiście to bombardowanie przeżył, nie zmienia mojej opinii. Bo co wtedy powiemy o cywilnych mieszkańcach Hiroszimy i Nagasaki, których zagłada była wynikiem chęci wykazania przewagi militarnej Stanów Zjednoczonych nad dotychczasowym aliantem, szczodrze finansowanym przez podatników amerykańskich - ZSRR, który stał się nagle wrogiem w rozpoczętej właśnie „zimnej wojnie”, wskutek głupoty nic nie rozumiejącego /to slowa syna Eisenhowera w „World War II Chronicle/ Trumana.

Istotne jest, że o tym „oszałamiającym sukcesie” lotnictwa amerykańskiego:

„-Amerykanie dowiedzieli się wreszcie o Dreżnie w dwadzieścia trzy lata po wojnie” /str.200/

Vonnegut kpi, że wg Darwina „kazdy trup to krok naprzód w rozwoju”.

Dobrze się bawiłem czytając o mentalności amerykańskiej. Najpierw okrutne pytanie „Jak jesteś taki mądry, to dlaczego nie jesteś bogaty?”. A teraz o micie łatwego wzbogacenia się:

„Najbardziej szkodliwym ze wszystkich amerykańskich kłamstw jest przesąd, że w Ameryce łatwo można się dorobić. Nie uznając faktu, że zdobycie pieniędzy jest ogromnie trudne, wszyscy ci, którzy ich nie zdobyli, mają pretensje tylko do siebie. Ta tendencja do samooskarżania jest wielkim atutem w ręku bogatych i możnych, którzy dzięki temu mogli robić dla swoich biednych mniej..niż jakakolwiek klasa rządząca, powiedzmy, od czasów Napoleona”.

Ze względu na mój wiek /71/ pozwolę sobie zakończyć wypracowanie radosnym cytatem ze str.198:

„Staruszek cierpiał bardzo na skutek wzdęcia. Odbijało mu się i miał straszliwe gazy.
- Przepraszam – powiedział do Billy’ego i znowu pryknął, - O, Boże – dodał – wiedziałem, że starość to nie radość, ale nie przypuszczałem, że to takie straszne”.