Tuesday, 4 February 2014

J.M.COETZEE - "The Childhood of Jesus




J.M. COETZEE  -  “Dzieciństwo  Jezusa”

Nihil  humani  a  me  alienum  puto  /Terencjusz/.  /„Nic  ludzkiego  nie  jest  mnie  obce”/.  Dotyczy  to  również  zarozumiałości,  próżności, hucpy  i   zbytniej  pewności  siebie.  A  to  cechy,  które  objawił  Coetzee.  Memu  ulubionemu  pisarzowi,  autorowi  arcydzieła  -  „Hańby”,  odbiło,  przewróciło  się  z  dobrobytu  we  łbie.  Wyszedł   z  założenia,  że  cokolwiek  napisze,  to  ludzie  i  tak  kupią  i  nie  ośmielą  się  podnieść  ręki  na  opromienionego  chwałą,  laureata  Nagrody  Nobla.  Szczególnie  trafne  jest  tu  określenie  hucpa – arogancja  zademonstrowana  przez  autora  wobec  mnie,  wobec  moich  uczuć  religijnych. 

Dla  jasności  przekazu  informuję,  że  jak  większość  Polaków  rozpocząłem  swoją  drogę  od  katolicyzmu,  by  dojść  w  sensie  filozoficznym  do  panenteizmu  oraz  przekonania  Junga,  że  wiara  w  istnienie  Boga  jest  mnie  niepotrzebna,  skoro  o  tym,  że  ON  JEST,  ja  po  prostu  WIEM.

Tytuł  - „The  Childhood  of  Jesus”   jest  tanim  chwytem  komercyjnym,  w  pełni  udanym,  sądząc  po  przeczytanych  przeze  mnie  recenzjach  czytelników,  którzy  w  Simonie  dopatrują  się  bądż  św. Józefa,  bądż  archanioła  Gabriela.  O  usiłowaniach  identyfikacji  Inez  z  Matką  Boską,  czy  też  odkrywaniu  Jezusa  w  rozwydrzonym  smarkaczu – Dawidzie,  nie  chcę  słyszeć,  bo  to  woła  o  pomstę  do  Nieba.

W  trakcie  czytania  zrobiłem  cztery  strony  notatek  m.in.  o  nawiedzeniu  Inez-Marii  czy  też  o  Jezusie-Dawidzie  mówiącym:  „I haven’t  got  a  mother  and  I  haven’t  got  a  father. I  just  am”,  lecz  zrezygnowałem  z  umieszczania  ich  w  tej  opinii,  gdyż  drobiazgowy  opis  spektakularnego  manipulowania  Biblią  pomniejszyłby  skalę  przestępstwa.

O  co  więc  autorowi /poza  pieniędzmi/ chodziło?  Co  nam  chciał  przekazać ?  To  pytanie  zadaje  mnie,  /w  koszmarnych  snach,  od  55  lat/,  moja  polonistka  z  liceum,  p. Różańska.  Nachodzi  mnie  i  pyta:  „co  poeta  chciał  nam  powiedzieć ?”,  a  ja  się  budzę  przerażony  i  szepczę:  „ja  nie  wiem  nawet  co  to  mickiewiczowskie czterdzieści  i  cztery”.  I  tym  razem  też  nie  wiem,  ale  wcale  się  tym  nie  martwię.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                  

Czym  więc  jest  ta  książka ?  Mniej  lub  więcej  udaną  satyrą  rzeczywistości  panującej  w  państwie -  nazywanym  przez  Hannah  Arendt  -  totalitarnym,  państwie – przed  którym  przestrzega  Leszek  Kołakowski  -  o  rozbudowanym „welfare  state”,  czy  też  każdym  państwie  widzianym  oczami  „newcomers”.  Ale  to  za  mało  by  mnie  usatysfakcjonować.