Friday, 7 February 2014

Aldous HUXLEY - "The Genius and the Goddess" .



Aldous  HUXLEY   -   GENIUSZ   I   BOGINI

„The  trouble  with  fiction,..   ..is  that  it  makes  too  much  sense.  Reality  never  makes  sense”  -  tymi  słowami   rozpoczyna  Huxley  swoją   przygodę  z  „sensowną”  beletrystyką,  taką, że  aż  resztki  włosów  stanęły  mnie  na  głowie.

Historia  zaczyna  się  w  1951  roku.  John  Rivers,  żonaty,  dzieciaty i  „wnuczaty”  bezwstydnie,  ekshibicjonisycznie  opowiada  o  swojej  „potyczce”,  sprzed  30  laty,  z  rodziną  Maartens.  Nasz  „maminsynkowaty”  bohater  zostaje  asystentem  GENIUSZA  Henry’ego,  zamieszkuje  w  jego  domu  wraz  z  żoną  Henry’ego  -  36-  letnią  BOGINIĄ   Katy  i  ich  dziećmi,  w  tym  15-letnią  Ruth....

I  w  tym  momencie  muszę  streszczenie  fabuły  przerwać.  Bo  po  co  kontynuować  skoro  jest  przewidywalna.  Przecież  najprymitywniejszy  czytelnik  przewidzi,  że  „dziewiczy”  John,  pozbawiony  nadopiekuńczej  mamusi  będzie  adorować  Katy,  że  Katy,  nudząca  się  jak  mops  i  zmęczona  „geniuszem”,  prześpi  się  z  Johnem,  który  z  kolei  będzie  molestowany  przez  dojrzewającą  Ruth.  Ja  bym  poszerzył  „konflikt  uczuć”  o  rudego  syna – Timmy’ego, psa  Bimbo  i  „housekeeper”  Beulah...

W  którym  kierunku  Huxley  rozwinął  swojego  „Harlequina”   jest  nieistotne,  wystarczy  powiedzieć,  że  przerażony  prawdopodobnie  własnymi  breweriami,  obie  miłośnice  uśmiercił,  a  GENIUSZOWI  dołożył  jeszcze  dwie  żony,  co  dało  summa  summarum  -  cztery.

W  pierwszym  odruchu  poczułem  się  huxley-owskim  oszustwem   boleśnie  ugodzony,  bo  nastawiłem  się  na  emocje  „z  górnej  półki”,  jakie  mnie  towarzyszyły  przy  wielokrotnie  czytanym  „Brave  New  World”,  lecz,  w  trakcie  czytania  skonstatowałem,  że  „lekka”  lektura  też  może  być  też  przyjemna.  Przecież  mnie,  czytającemu  głównie  pozycje  „poważne”,  dużo  niekłamanej  radości  przynoszą  powieści  Joanny  Chmielewskiej.

Dwa  zastrzeżenia  jednak  pozostały:  pierwsze,  że  Huxley  wciska  w  tekst  na  siłę  pseudofilozoficzne  rozważania,  umieszczając  w  banalnej  opowiastce  nazwiska  Praxitelesa, Swinburne’a, Goethe’go,  D.H.Lawrence’a,  Theocritusa,  Virgilego, Stendhala,  H.G.Wellsa, Anatola  France’a,  Swinburne’a,  Dantego,  Pertrarkę  itd.  itp.  Przypomniało  mnie  to  nieznośnego  Saula  Bellowa,  który  wskutek  popisów  swojej  „erudycji”  jest  nieczytelny.

Drugie  zastrzeżenie  dotyczy  zwrotu  określającego  narcystycznego  Riversa:  „burdened  with  doubt  and  guilt”.   Takie  określenie  to  pasuje  do  Raskolnikowa.