Thursday, 4 May 2017

Nelson DeMille - "Słowo honoru"

Nelson DeMILLE - "Słowo honoru"

Nelson DeMille (ur. 1943) - służył w Wietnamie, początkowo w wywiadzie wojskowym, potem w piechocie w stopniu porucznika, po zakończeniu służby pracował jako korespondent "Law Officer Magazine". Pisał też jako Jack Cannon, Kurt Ladner, Brad Matthews.

Tematem jest proces byłego porucznika, odpowiedzialnego za masakrę w szpitalu w Wietnamie, nagłośnioną w książce opublikowanej 18 lat po zbrodniczych wydarzeniach
w której wykorzystano wspomnienia dwóch żołnierzy plutonu dowodzonego przez głównego bohatera. Jest to jedna z wielu zbrodni wojennych podobnych do tej słynnej w My Lai i z nią porównywanych. W związku z tym konieczne jest przypomnienie (Wikipedia):

„Masakra w My Lai - zbrodnia wojenna dokonana 16 marca 1968 roku przez armię amerykańską, która zmasakrowała w wiosce My Lai w południowym Wietnamie setki nieuzbrojonych cywilów. Masakra wywołała oburzenie na całym świecie i przyczyniła się do spadku publicznego poparcia dla wojny wietnamskiej w USA.
....Porucznik William Calley został w 1971 roku skazany na karę dożywotniego więzienia za morderstwo z premedytacją, jednak dwa dni później prezydent Richard Nixon rozkazał wypuścić go z więzienia. Calley otrzymał 3,5 roku aresztu domowego w swojej kwaterze w Fort Benning (Georgia), a potem został zwolniony decyzją sądu federalnego. Calley utrzymywał zawsze, że wypełniał rozkazy swojego kapitana, Ernesta Mediny, który jednak zaprzeczył wydaniu takiego rozkazu. Nie było już żadnych innych aktów oskarżenia..."

To porównywanie dwóch zbrodni przeciwko ludzkości pozwala na przewidywanie happy endu, bo zwycięzców się nie sądzi, a cyrk odstawia się dla zachowania twarzy. Wprawdzie wojnę wietnamską USA przegrały, lecz ich potęga pozwala na skuteczne sianie propagandy o amerykańskiej sprawiedliwości, która w tej książce jest skutecznie ośmieszona. Co gorsza, jak wskazują wydarzenia w następnych wojnach, dalsze amerykańskie zbrodnie są popełniane, jak np. w Iraku, gdzie oprócz mordowania odbierano jeńcom godność obnażając ich wobec rodziny i zmuszając do sodomii.

Intencją autora było przedstawienie rozmytej odpowiedzialności za te zbrodnie, a właściwie zrzucenie jej na wojnę „samą w sobie”, bez wnikania, kto ją wywołał. Choć nie, jest inaczej. Przyczyną są złe reżimy: komunistyczne, sunnickie albo szyickie, albo Assada czy też Kadafiego lub innej cholery, a Stany Zjednoczone interweniują by przynieść pokój i wolność. I tak wbrew autorowi książka jest demonstracją amerykańskiej buty, poczucia wyższości nad innymi narodami i pogardy nad nimi.

Niepokojące jest już wspomnienie Norymbergi (s.643):
"..- Podniosło się tylko kilka głosów przeciwko trybunałowi aliantów. Nie należałem do tych mądrych, którzy potrafili dostrzec, że to, co robimy, to nie wymierzanie sprawiedliwości, tylko zemsta. A kiedy już to zrozumiałem, nie miałem dość cywilnej odwagi, by powiedzieć o tym głośno...."

A im dalej, tym gorzej. Amerykanie gardzili Indianami czy Murzynami, teraz wykazują rasizm wobec Azjatów (s. 744):
"...- Myślisz, że byłbym tu teraz, dwadzieścia lat po tej całej historii, gdyby chodziło tylko o wioskę zamieszkaną przez kilkuset żółtków? Kitajców? Kurdupli? Ryżojadów? Jak jeszcze na nich mówiliśmy? Jak ty ich nazywałeś? W każdym razie na pewno nie „istoty ludzkie pochodzenia wschodniego”. Ale ja jestem upieprzony na dobre. Zabiłem czternastu prawdziwych ludzi...."

Morderstwa są dla nich chlebem powszednim. Jedno z nich wspomina adwokat Corva (s. 843):
"... - Facet obsługujący karabin maszynowy ściął trzech żołnierzy nieprzyjaciela, kiedy zbliżali się do nas z białą flagą. Było mi po tym przez tydzień niedobrze. Troje dzieciaków Mieli już dość i chcieli się poddać. Ściął ich, jakby byli niczym… niczym...."

A nasz bohater Ben snuje refleksję, ale teraz, po 20 latach, gdy strach mu zajrzał do d... (s. 847):
"...- Boże, czy wszyscy mamy na rękach krew? - powiedział cicho do siebie. - Czy ktokolwiek wrócił stamtąd z nie splamionym honorem?"

Zakrawa to na kpinę, bo do wywołującej skandal publikacji, Ben żył szczęśliwie i pogodnie i wyrzutów sumienia nie miał.

Mimo moich uwag, książkę czyta się świetnie, choć e-book liczy aż 1321 stron i ją gorąco polecam, bo poznać amerykańską mentalność warto