Sunday, 28 May 2017

Andrzej DRAWICZ - "Pocałunek na mrozie"

Andrzej DRAWICZ - "Pocałunek na mrozie"

Andrzej Drawicz (1932 -97) to polski eseista i krytyk literacki, lecz przede wszystkim tłumacz literatury rosyjskiej. Polonista z zawodu, rusycysta z wyboru; tłumacz i koneser "Mistrza i Małgorzaty" i twórczości Zoszczenki, tłumacz wspomnień Nadieżdy Mandelsztam, twórczości Okudżawy, Płatonowa, Jerofiejewa i wielu innych. Sygnatariusz "Listu 59" w 1976; w latach 1989 -91 prezes Komitetu ds Radia i Telewizji. Zmarł nagle 15 maja 1997, dokładnie w dniu urodzin swego ukochanego pisarza Bułhakowa. Zmarł nagle 15 maja 1997, dokładnie w dniu urodzin swego ukochanego pisarza Bułhakowa.

W Wikipedii czytamy:
".....Formułując wyważone sądy, biorąc pod uwagę skomplikowaną sytuację pisarzy rosyjskich w kraju i na emigracji, próbował być mediatorem między inteligencją polską a rosyjską ("Pocałunek na mrozie")..."

Ten wprowadzony na LC przeze mnie zbiór felietonów jest jego dziewiątą pozycją, a moja opinia per saldo drugą. Szkoda, że "rusofobia" triumfuje, bo wśród jego dzieł są dwie pozycje o Gałczyńskim i (chyba) najważniejsza "Mistrz i diabeł, czyli rzecz o Bułhakowie"

Drawicz podejmuje trud opisu Rosji, gdyż dotychczasowe próby innych go nie satysfakcjonują (s. 8):
"...rzeczywistość opisana miała się do autentycznej, twardej faktury rosyjskiego życia jak pięść do nosa..."
Drawicz, starszy ode mnie o 11 lat, tzn o epokę, poddany jest indoktrynacji w okresie stalinowskim, gdy owocem zakazanym były.. (s. 19):
„...tomiki Mandelsztama, Cwietajewej, Pasternaka, Achmatowej. Oficjalne wydania, które stały się cymeliami i rarytasami za sprawą stalinowskich praktyk amputowania pamięci i wykreślania kawałków przeszłości. Patrzyłem w nabożnym zachwycie..”
Ja też się nimi zachwycałem, lecz „legalnie”, gdy w 1959 niezapomniany pedagog, nauczyciel rosyjskiego Roman Czubaty zlecił mnie w ramach „poprawki” do klasy maturalnej, nauczenie się „naizust' ” 10 wierszy dowolnych poetów rosyjskich. Kupiłem parę zbiorków w księgarni rosyjskiej na Pl. Unii Lubelskiej i „zaskoczyłem”. Wiersze do dzisiaj deklamuję, choć wtedy nikt mnie z nich nie odpytywał, bo efekt w postaci jedynej „piątki” na maturze z rosyjskiego, sam przyszedł.
Drawicz, jak i Miłosz (a ja za nimi) odróżnia „rosyjskie” od „sowieckiego”, co pozwala na docenienie kultury rosyjskiej. Bo, choć ostentacyjnie „olewaliśmy” w szkole „język rosyjski”, to nie byliśmy ślepi na rosyjską kulturę i czytaliśmy ich klasyków, jak i „Lejzorka Rojtszwańca” czy Ilfa i Pietrowa. Do tego byliśmy młodzi, co Drawicz ładnie ujmuje (s. 15):
„..bo choć czasy były paskudne, ale my - młodzi...”
Teksty dotyczą lat 1957 – 88, lecz jak autor wyjaśnia we wstępie (s. 8):
„...Podstawowy zrąb tekstów odnosi się do lat 1963-1976, kiedy jeździłem do Związku regularnie, zarówno oficjalnie, jak prywatnie. Ku końcowi trzy szkice dotyczą sytuacji z jesieni 1987, kiedy znów zobaczyłem Rosję po dwunastoletniej przerwie. Szkice te były publikowane w "Tygodniku Powszechnym" z niewielkimi ingerencjami cenzury, zaznaczonymi kursywą. Większość pozostałych tekstów ukazywała się w periodykach niezależnych i emigracyjnych..."
Mam teraz dla Państwa dobrą wiadomość, że znalazłem całą omawianą książkę (za darmo) pod adresem: http://niniwa22.cba.pl/pocalunek_na_mrozie.htm

Skoro książka jest już dla Państwa dostępna, to ją gorąco polecam, bo jak podaje trafnie Wydawnictwo Łódzkie pod adresem: https://www.biblionetka.pl/book.aspx?id=79556
„... -„Pocałunek na mrozie" to bezcenna lektura dla każdego, kto chce zrozumieć ten niezwykły fenomen, jakim jest homo sovieticus...”
Bardzo rzetelna publicystyka; gwiazdek 8