Tuesday, 13 September 2016

Stephen KING - "Lśnienie"

Stephen KING - "Lśnienie"

Stephen Edwin King (ur. 1947), nadzwyczaj płodny autor "literatury grozy". Szczególnie "literatura" w tym przypadku zasługuje na cudzysłów. Dotychczas recenzowałem "Historię Lisey" (2006), której dałem pałę; teraz wziąłem się za książkę o prawie 30 lat wcześniejszą (1977), trzecią z kolei, po "Carrie" i "Miasteczku Salem", z nadzieją, że młodemu Kingowi jeszcze nie przewróciło się w głowie z dobrobytu i jego pisanina będzie bardziej sensowna. Byłem zdeterminowany i przeczytałem całe ponad 900 stron e-booka, mimo zniechęcenia już pierwszymi stronami.
Nie będę omawiał szczegółowo dyrdymał, bo i tak wszyscy Kinga czytają i dobrze oceniają. Dla mnie, nawet przy najprzychylniejszym nastawieniu, nie da się w te głupoty uwierzyć, poza sadyzmem i alkoholizmem jednego z głównych bohaterów Jacka, jak i jego ojca. Ponadto można (jak ktoś lubi) zastanawiać się czy autor myślał o schizofrenii paranoidalnej czy psychozie schizofrenicznej. To bez znaczenia, bo dominują wskrzeszone trupy z różnych epok i ożywione przedmioty martwe.
Wyczytałem, że ta książka była również wydana pod tytułem "Jasność", co wydaje się pomysłem trafniejszym, tym bardziej, że "jasność"występuje jako cecha "nadprzyrodzona" części bohaterów, a "lśnienie" zauważyłem raz (s. 574,5):
"....lśnienie na pół dostrzeganych butelek w pustym barze..."

Przykładem na to, że mamy do czynienia ze szczytem kiczu, niech będzie obserwacja zegara z kukułką przez pięcioletniego chłopca (s. 618,9):
".....Parę razy cicho stuknęły kółka zapadkowe i brzękliwie rozbrzmiał walc Straussa „Nad pięknym, modrym Dunajem”... ...Zza tarczy zegara wyjechały po stalowej szynie dwie figurki tancerzy; z lewej dziewczyna w marszczonej spódniczce i białych pończochach, z prawej chłopak w czarnym trykocie i baletkach. Ręce łukowato unosili nad głowami. Spotkali się pośrodku, na wprost VI.
Danny wypatrzył małe rowki w ich bokach, tuż pod pachami. Dźwigienka wśliznęła się w te rowki i usłyszał kolejny cichy stuk. Kółka na obu jej końcach zaczęły się obracać. Brzękliwie rozbrzmiał walc. Tancerze opuścili ramiona i objęli się wpół. Chłopak przerzucił sobie dziewczynę nad głową i okręcił się wokół dźwigienki. Teraz leżeli rozciągnięci, chłopak z głową wetkniętą pod krótką baletową spódniczkę dziewczyny, dziewczyna z twarzą przyciśniętą do jego obleczonego trykotem podbrzusza. Wili się w mechanicznym szale. Danny zmarszczył nos. Całowali swoje siusiaki. Zrobiło mu się niedobrze..."
Mnie też zrobiło się niedobrze. Panie King, czy główka pana nie boli?
Więcej jego książek do ręki nie wezmę, bo w dziedzinie grozy wystarcza mnie Poe i Grabiński.