Wednesday, 7 September 2016

Michał KOMAR - "Władysław Bartoszewski. Wywiad rzeka"

Michał KOMAR -"Władysław Bartoszewski. Wywiad rzeka"

Większość recenzentów traktuje wywiad jak autobiografię Bartoszewskiego pomijając osobę autora - Michała Komara (ur. 1946), który będąc z wykształcenia doktorem nauk humanistycznych udzielał się w wielu kierunkach, a w materii wywiadów – rzek przeprowadził je m. in. z Władysławem Bartoszewskim (2 tomy, 2006 i 2008), Stefanem Mellerem (2 tomy, 2008), Krzysztofem Kozłowskim (2009) oraz Sławomirem Petelickim (2010). Chichotem historii jest fakt, że jest synem Żyda, generała Wacława Komara którego życie było niemniej, {a raczej więcej) ciekawe niż prof. Bartoszewskiego. Oba życiorysy są w pewnym sensie komplementarne w tworzeniu wizerunku Polski XX wieku i dlatego zachęcam Państwa do zajrzenia do Wikipedii i przeczytania notki o niesamowitym „figlarnym” losie gen. Komara.
Natomiast prof. Bartoszewskiego (1922 – 2015) wszyscy znamy, więc tylko przypomnę, że w czasie Wojny pracował pod kierunkiem Zofii Kossak i był członkiem „Żegoty”. Życiorys Bartoszewskiego to realizacja hasła przez niego propagowanego: „Warto być przyzwoitym” i za to jestem mu wdzięczny. A że maksyma Norwida jest wciąż żywa:
„... „My pochodzimy ze społeczeństwa jedynego na globie, w którym nie ma ani jednego czymkolwiek bądź wyższego obywatela, który by zelżonym od rodaków albo upoliczkowanym i nawet obitym nie był.”
to internet pełen jest publikacji opluwających Profesora i zarzucających mu najgorsze zbrodnie. A on zawsze starał się postępować, po prostu, PRZYZWOICIE.

Proszę Państwa, Bartoszewski mówi o rzeczach każdemu mniej lub więcej znanych, mnie ze względu na wiek „więcej”, lecz czuję się zobligowany pewne tematy uwypuklić. Niewątpliwie zasługuje na to postać księdza Jana Ziei, o którym Profesor pisze (s. 65):
„...Wyzwolenie przyszło latem 1942 roku. Trafiłem wtedy na człowieka, który odegrał zasadniczą rolę w moim życiu. Ksiądz Jan Zieja liczył sobie wówczas czterdzieści kilka lat. Miał szczupłą ascetyczną twarz, wysokie, lekko łysiejące czoło i spojrzenie kogoś, kto przebywając w naszym, doczesnym świecie jest jednocześnie obecny w świecie wartości wiecznych. Odbyłem u niego spowiedź. Uprzytomnił mi to, co teoretycznie powinienem był rozumieć sam z siebie, że skoro przeżyłem i jestem na wolności, to mam nad innymi przewagę wiedzy o złu tego świata, a jednocześnie - tym większy spada na mnie obowiązek. - Bóg chciał, żebyś przeżył, po co? - jak myślisz?- mówił – Nie po to, żebyś się nad sobą litował, ale po to, żebyś był świadkiem prawdy. Żebyś wiedział, że istnieje tak straszne zło, upewnił się, że musi istnieć dobro. Są wokół nas ludzie nieszczęśliwi, cierpiący. Trzeba im pomóc!...”

O jednej z najpiękniejszych postaci Polski XX wieku wspominałem w eseju pt „Czy jestem antyklerykałem?”:
„...ZIEJA Jan, ks. (1897-1991), do 1959 r duszpasterz w kościele Wizytek w Warszawie (jego następcą został ks. Twardowski), sygnatariusz „listów” do władz PRL (m. in. „listu 59.” w 1975, który podpisali również ks. Małkowski i o. Salij), legenda KOR-u i „Solidarności”.

Parę stron dalej (s. 72) znajduję fragment o następnym, wielkim człowieku - Karskim:
„....Spotkanie z Karskim odegrało przełomową rolę w moim życiu.. ...Karski - człowiek zaufania, państwowiec, porucznik rezerwy artylerii WP. W latach 1936 – 1939 pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, młodszy brat Mariana Kozielewskiego, inspektora przedwojennej Policji Państwowej, legionisty I Brygady, W czasie okupacji przebył niezwykle trudne szlaki kurierskie, wpadł w ręce gestapo, próbował popełnić samobójstwo, by nie zdradzić tajemnic, przeciął sobie żyły, odratowano go i wykradziono ze szpitala....”

Uzupełniam charakterystykę Karskiego wzmianką z "Mojego Pod Ręcznika":
"....KARSKI Jan (KOZIELEWSKI), (1914-2000), pochwycony jako emisariusz na Słowacji, w drodze do Londynu, torturowany przez Gestapo, usiłował popełnić samobójstwo przecinając żyletką żyły z obawy, że może nie wytrzymać dalszych tortur; odratowany przez Niemców, przewieziony zostaje do szpitala w Nowym Sączu, skąd zostaje brawurowo wykradziony przez partyzantów z PPS-u, pod dowództwem Józefa CYRANKIEWICZA. W jednym z incydentów wojennych Karski spędził parę godzin w przebraniu strażnika-Łotysza w obozie zagłady w Izbicy Lubelskiej. Po wojnie poświęcił się karierze naukowej na Georgetown University w Waszyngtonie. Miał POCZUCIE WINY, że system Państwa Podziemnego, któremu z narażeniem życia służył, poświęcił życie tysięcy ludzi, w tym dzieci - całkiem niepotrzebnie. BEZ PAŃSTWA PODZIEMNEGO, BEZ AK - twierdził- WOJNA NIE TRWAŁABY ANI O JEDEN DZIEŃ DŁUZEJ. W 1977 r. rozumując, że jest stary i może niedługo umrzeć, więc ma obowiązek opowiedzieć o tym, co widział - zgodził się na rozmowę z Claude LANZMANN. W 2012 odznaczony pośmiertnie przez Obamę najwyższym orderem amerykańskim...”

Proszę zwrócić uwagę na nazwisko bohaterskiego dowódcy oddziału partyzantów. Tak, to ten Cyrankiewicz, który siedział z Bartoszewskim w Oświęcimiu i to ten sam, który po Poznaniu 1956 groził robotnikom obcinaniem rąk podnoszącym się przeciw jedynemu słusznemu ustrojowi. Bo historia z nas chichocze: nic nie jest białe ani czarne. I właśnie o tym cały czas mówi Bartoszewski. Życie jest poruszaniem się po wąskiej linii granicznej: linii człowieczeństwa i przyzwoitości.
Ten wywiad - rzeka jest bogatym źródłem informacji o ludziach i zdarzeniach, lecz przede wszystkim lekcją moralności. Szczególnie polecam młodym indoktrynowanym uproszczonym obrazem świata w którym łatwe są podziały i kwalifikacje na „dobrych” - to my - i „złych” - to inni, w tym ruskie, komuniści, Żydzi, masony i cykliści. A, obecnie jeszcze ciapate...

Jeszcze jedno. Ostatnie wystąpienia przedstawicieli polskiego Rządu i nowego szefa IPN (wrzesień 2016) na temat postawy Polaków wobec Żydów w czasie II w. św. skłaniają mnie do przepisania fragmentu z ówczesnej „Prawdy” wydawanej przez katolicką pisarkę Zofię Kossak (s. 75):
„....Z kolei w piśmie „Prawda” w rubryce „Pręgierz” przeczytałem notatkę 'Nie wolno przemilczeć': „W jednej z miejscowości leżącej na obszarze GG Niemcy wymordowali po swojemu wszystkich Żydów. Garstka skazańców zdołała zbiec i ukryć się w sąsiednich lasach państwowych [..] Kilku polskich wiejskich wyrostków znalazło kryjówkę zbiegów. Najpierw ograbili ich doszczętnie, potem wydali żandarmom. Policja niemiecka otoczyła las i wystrzelała wszystkich Żydów. Tak postąpili polscy chłopi, synowie gospodarzy, komorników i wysiedleńców. Jest to fakt przerażający, niestety autentyczny.... ...Jakże się.. ..dziwić wyrostkom, skoro w innej miejscowości, w sandomierskiej diecezji, zdarzyło się, że ksiądz poradził chłopom zawiadomić posterunek policji, iż po wsi pęta się Żydówka zbiegła z getta. Policja zabiła Żydówkę jak psa. Ksiądz stał się winnym mordu. Ksiądz wydał wyrok śmierci na nieszczęsną.....”... ...Były tam też inne teksty dotyczące zbrodni popełnianych przez Polaków na Żydach w Łomżyńskiem w miejscowościach, których nazwy wracają dziś w związku z rozważaniami o wydarzeniach w Jedwabnem. Zofia Kossak dobrze znała ten teren.. ..Tak więc sprawa tych morderstw nie była odkryciem PRL ani tym bardziej odkryciem kilkadziesiąt lat po wojnie. To w konspiracyjnym piśmie katolickim zwracano uwagę na zarazę moralną, którą trzeba zwalczać, stawiać pod pręgierzem...”
I co na to IPN? Toleruje takie książki? Ewidentne przeoczenie