Saturday, 13 August 2016

Max FRISCH - "Powiedzmy, Gatenbein...."

Max FRISCH - "Powiedzmy, Gantenbein..."

Max Frisch (1911 – 1991) - szwajcarski pisarz, dramaturg i architekt. Czy komuś się podoba, czy też nie wizytówką Frischa pozostanie "Homo Faber", a dla potrzeb tej recenzji przypomnijmy jego najważniejsze dzieła:"Stiller" (1954, ode mnie 6 gwiazdek), "Homo faber" (1957. ode mnie 9 gwiazdek), dramat "Biedermann i podpalacze” (1958) oraz "Powiedzmy, Gantenbein..." (1964).

Po osiągnięciu życiowego sukcesu 7 lat wcześniej Frisch "obrósł w piórka", co prowadzi go do eksperymentów w pisaniu tej właśnie powieści. Za temat wziął kwestię tożsamości, która jest zlepkiem osobowości ujawnianych zależnie od okoliczności. Temat bardzo szeroki, a Frisch w dodatku zlikwidował wszelkie jego granice wyrażeniami "wyobrażam sobie" bądź "powiedzmy, że". Tak wyrażona alternatywność nie wystarcza mu i snuje wiele dygresji rozważających przypadkowość. To doprowadziło do prawie pięciuset stronicowej książki, której czas przeczytania nie jest adekwatny do czerpanych korzyści intelektualnych. Swoją koncepcję wyraża zdaniem (s. 27):
"Przymierzam historie jak ubrania!..."
Według mnie stosowniejsze by było pożyczone od Vonneguta, z jego wprowadzenia do "Matki nocy":
"jesteśmy tym, kogo udajemy, i dlatego musimy bardzo uważać, kogo udajemy..."

Problem w tym, że znam baśnie o księżniczkach przemienionych w żabę czy inne typu "Piękna i bestia", jak i Stevensona "Dr Jekyll i pan Hyde". Ale to jest "małe piwo przed śniadaniem", jak mówi cieć w serialu "Dom", bo ja przeżyłem zdecydowaną większość mojego długiego życia w PRL-u, w którym każdy, w mniejszym lub większym stopniu, posiadał co najmniej dwie twarze, pozy czy osobowości, jakkolwiek byśmy to nazywali. Jedną "normalną", a drugą tworzoną zwrotem "towarzyszu", "obywatelu" czy "kolego". Tak więc ten temat mam dokładnie przerobiony, podobnie zresztą jak kwestię "przypadku", a to wskutek przejęcia ulubionego dyskusyjnego tematu "przypadek czy konieczność" od śp mojego Ojca, jak i filmu Kieślowskiego "Przypadek".

Nim przejdę do wyjątkowo podłej tytułowej postaci, zaznaczam, że dygresje autora są z reguły żenująco banalne, jak choćby o ambasadorze (s. 172), a drugą ważną postać, Enderlina, charakteryzuje tak (s. 52):
„..Mężczyzna, intelektualista, dożył czterdziestu jeden lat bez szczególnych sukcesów, bez szczególnych trudności; dopiero kiedy przychodzi wyjątkowy sukces, ogarnia go przerażenie z powodu roli, jaką widocznie grał dotąd... Czy sam w nią wierzył ?..."
Nie wiem; zaistniałym faktom wiara do niczego potrzebna....
Hochsztapler Gantenbein udaje ślepego. Tylko, że ten pomysł bardziej mnie się podoba u Hłaski, gdzie mistyfikacja służy zarabianiu pieniędzy (fałszywy niewidomy "zgaduje", kto go bije w mordę). U Frischa niewidomy jest pętakiem, utrzymankiem kobiety... (s. 128)
"...nigdy jeszcze nie czerpałem z mego konta na własne potrzeby Całkowicie, od stóp do głów, żyję z Lili...."
...perwersyjnym podglądaczem, odzierającym kobiety z prywatności, a z drugiej strony odrażającym masochistą, bo lubuje się w oglądaniu tego, co nie jest przeznaczone dla niego i pokornym skrywaniu swojej wiedzy. Do tego sam sobie zaprzecza twierdząc, że kocha, nigdy nie będąc zazdrosny (s. 159)
Reasumując: temat Frischa przerósł, on go też rozwodnił, a aż 6 gwiazdek, bo fragmenty bawią