Tuesday, 3 May 2016

Raymond CARVER - "Katedra" (skorygowany tekst sprzed 5 lat)

CARVER RAYMOND /CLEVIE/ /1938-88/
/17.10.2011/
UWAGA z 4.05.2016. POD WPŁYWEM RECENZJI MARCINA KALIŃSKIEGO Z LC ZWIĘKSZYŁEM ILOŚĆ GWIAZDEK DO SIEDMIU, LECZ SWÓJ PIERWOTNY TEKST POZOSTAWIAM BEZ ZMIAN. KALIŃSKI m.in. pisał:
„...Nie dajcie sobie jednak wmówić, że to "opowiadania o niczym". Puentę i finał trzeba sobie tu bowiem wyłuskać spomiędzy kolejnych zdań. Jednym to oczywiście przypadnie do gustu, a innych znudzi.
Mnie zmusiła do (może i banalnej) refleksji nad tym "ile niezwyczajności tkwi w zwyczajności". ..”
UWAGA z 11.11.2013: Od trzech m-cy mam dostęp do internetu, dzięki któremu można wszystko znaleźć, nawet minimalizm w literaturze; mimo oświecenia w tej materii zostawiam tekst bez zmian, gdyż chodzi o sedno mojej recenzji.
Wyczytałem o nim kiedyś w Tygodniku Powszechnym, że to „amerykański Czechow”. Czym się kierował recenzent, Bóg raczy wiedzieć, bo jedyne podobieństwo można dostrzec w długości opowiadań. Po przeczytaniu posłowia i to okazuje się złudą. Otóż, okazuje się, że formę „short stories” zawdzięczamy przyjacielowi i wydawcy autora, Gordonowi LISH, który skracał opowiadania średnio z pięciu tysięcy słów do dwóch. Autorzy antologii Carvera rozpaczają nad skrótami, które ponoć zubożyły „dzieła”, a ja, w przeciwieństwie do nich, żałuję, że wydawca nie skrócił ich do „góra” tysiąca słów, dzięki czemu straciłbym dwa razy mniej mego cennego czasu na poznanie tej twórczości. Właściwie, gdyby ich przyjaźń była szczera i prawdziwa, to edytor wspomógłby potrzebującego „pisarza” w inny sposób, a nie przyczyniał się do „brnięcia” jego w pisarstwo. Zaznaczę tu, iż piszę te słowa dokładnie dwie doby po cudem przeżytym paskudnym ataku serca co legitymizuje pogląd, że mój czas jest cenny, bo coraz go mniej. Oddajmy tymczasem głos wydawcy:
„Kolejno ponure, śmieszne i rozdzierające serce opowiadania Raymonda Carvera pozostawiają nie dającą się zatrzeć obecność w amerykańskiej literaturze. Carver pisał bezlitośnie o desperacji i zdradzie, o frustracjach klasy pracującej, o rozdźwięku wynikającym z różnicy płci i o spustoszeniu wywoływanym przez alkohol. Lecz jego wrażliwość była złożona: on mógł także pisać ze współczuciem i liryzmem poety. .....Wieloznaczne raczej niż kategoryczne, oraz sprawiające wrażenie, że wszystko co najważniejsze pozostało niedopowiedziane, opowiadania Carvera zostały uznane za przykłady nowej szkoły w amerykańskiej beletrystyce znanej jako MINIMALISM lub DIRTY REALISM, którego szeroki wpływ odczuwa się do dnia dzisiejszego....”
Nie wiem jak dla Państwa, bo dla mnie to bełkot. Autorami jego są profesor i adiunkt jakiegoś University of Hartford w Connecticut, którzy poświęcili ponad dwie dekady /!!!!/ badaniom twórczości Carvera /”...have devoted more than two decades to the work of Raymond Carver”/. Przecież to czysta paranoja I to podwójna: u „badaczy”, bo jak nawet najwybitniejszym autorem można zajmować się ponad dwadzieścia lat, gdy tyle fascynacji czeka na nas w otaczającym świecie, jak i u osób przydzielających środki finansowe na prowadzenie badań. A w Polsce tak trudno zdobyć “granty” na badania humanistyczne. Nim bliżej się zajmę notą wydawcy podam, że pana Carvera nie ma w żadnym almanachu, jak również w Websterze z 1990 roku. Dzięki swojemu uporowi znalazłem jednakże wzmiankę o nim w Websterze z 2003 r., dziewięciolinijkową, kończącą się stwierdzeniem: „Umarł na raka płuc w wieku 50 lat. Jego MINIMALIST styl wywarł silny wpływ na późniejszych pisarzy”.
Mam szeroko rozwinięte zainteresowania paraczytelnicze /para - obok/, tzn, że KAŻDA lektura inspiruje mnie do poszerzania zasobu mojej wiedzy. Takoż i w tym przypadku próbowałem się /mimo wszystko/ intelektualnie wzbogacić dowiadując się /chociaż/ co to za zwierzę ten MINIMALISM czy jak, kto woli DIRTY REALISM, przez co zrekompensowałbym sobie czas stracony na samą lekturę. Sukces osiągnąłem połowiczny, bo dowiedziałem się sporo o minimalizmie przede wszystkim w rzeźbie, jak również w malarstwie i muzyce, lecz nigdzie nie znalazłem słowa wyjaśniającego co ten termin oznacza w literaturze. Moją zdobyczą się dzielę:
MINIMALIZM - Dwudziestowieczny kierunek w sztuce i muzyce charakteryzujący się ekstremalną prostotą formy i odrzuceniem emocjonalnej treści. /Już to zdanie absolutnie uniemożliwia przeniesienia semantycznego do twórczości Carvera - przyp. mój/. W sztukach wizualnych, rozwinął się w latach 1950., w Nowym Jorku, jako protest przeciw panującemu w abstrakcjonizmie ekspresjonizmowi. Odrzucając dekoratywność i wyrażanie osobistych uczuć minimaliści kładli nacisk na strukturę /używając prostych geometrycznych form/, kolor, jak również „bezosobowość”. Wierzyli bowiem, że sztuka winna wyłącznie odnosić się sama do siebie /self-referential/. /Za mądre to dla mnie, lecz nachodzi mnie deja vu czyli paramnezja, iż polscy moderniści głosząc maksymę „sztuka dla sztuki” byli ideologicznie podobni, lecz tamto doprowadziło do secesji. A co do głoszonej przez minimalistów simplifikacji tj uproszczenia to przypomina mnie się twórca „czarnego kwadratu”, Kazimierz Malewicz /1878-1935/, który osiągnął apogeum w tej materii dając początek SUPREMATYZMOWI, stanowiącemu jakby wyższe stadium w upraszczaniu formy w stosunku do KUBIZMU/. W każdym razie termin „MINIMALIZM” ukuła /prawdopodobnie/ krytyczka sztuki Barbara ROSS pod wpływem prac rzeźbiarzy takich jak Donald JUDD /1928-94/ i Robert MORRIS /ur.1931/. Za prekursora uważany jest również Carl ANDRE /ur.1935/, który w 1988 r. został uniewinniony z zarzutu próby morderstwa swojej żony /Ana MENDIATA - też rzeźbiarka/ przez wyrzucenie jej przez okno. Ale to dygresja. W malarstwie odnotowujemy trzy nazwiska: Elsworth KELLY /ur.1923/, Agnes MARTIN /ur.1912/ oraz Frank STELLA /ur.1936/. Całkowicie inaczej przedstawia się sprawa w muzyce. Zrozumiałem tyle, że podstawowy wpływ miała muzyka hinduska /i in. krajów płd-wsch Azji/, a sam minimalizm polega na wielokrotnym powtarzaniu frazy z powolną stopniową zmianą jej składników. Główni przedstawiciele to: La Monte YOUNG /ur.1935/, Terry RILEY /ur.1935/, Steve REICH /ur.1936/ i John ADAMS /ur.1947/.
Lecz wracajmy do naszego Carvera. Gdy byłem młody mówiono o mistrzu krótkiej formy - Hemingwayu, później o Fitzgeraldzie, z „klasyki” znałem Guy de Maupassanta, a z życia Himilsbacha, Iredyńskiego, Nowakowskiego, nie zapominając o Hłasce. Nie mogę nie wspomnieć też o opowiadaniach „dla dorosłych” Kornela Makuszyńskiego. A jeszcze Andre Gide ze swoim „Konformistą”. Co do Janka Himilsbacha, to przy pierwszym zbiorku opowiadań pt „Monidło”, pomagał mu arcymistrz felietonu HAMILTON /Jan Zbigniew Słojewski/ dzięki któremu każde opowiadanie jest „perełką”. Ostatnio, w ramach powrotu do młodzieńczych lektur, rozkoszowałem się Jamesa Joyce’a „Dublińczykami” i je właśnie chcę porównać z opowiadaniami Carvera. Łączy je ogarniająca czytelnika nuda przy lekturze pierwszych opowiadań, która w przypadku Carvera towarzyszy do końca, a u Joyce’a, poprzez sukcesywnie rosnące zainteresowanie, doprowadza do ekstatycznej empatii i identyfikacji z mieszkańcami Dublina. U Joyce’a przewodnią jest maksyma Terencjusza: „NIHIL HUMANI A ME ALIENUM PUTO” /nic ludzkiego nie jest mi obce/, która zmusza czytelnika do zastanowienia się nad miejscem jednostki w społeczności. Carver, poza alienacją człowieka i zanikiem rodziny w europejskim znaczeniu tego pojęcia, nic nie ma nam do przekazania, a amerykańska powierzchowność uczuć objawiająca się np wspólną konsumpcją indyka, raz w roku, jest zbyt banalna, by mogła kogokolwiek poruszyć.
Typowym przykładem jest opowiadanie pt „Boxes”. Staruszka matka, osamotniona po śmierci męża, postanawia przeprowadzić się na drugi koniec Stanów, by być bliżej jedynego syna. Kochający /”po amerykańsku”/ syn uważa, że dotychczasowy kontakt z matką-staruszką polegający na jednej w miesiącu rozmowie telefonicznej, w której /i którą/ on potwierdza swoją synowską miłość jest „enough”, przeto odradza matce przyjazd argumentując złą pogodą w zimie, nawałem turystów w lecie, a przez cały rok niebezpieczeństwem płynącym z usytuowania więzienia w sąsiedztwie domu starców. Matka jednak przyjeżdża, syn nie ma dla niej czasu, więc po miesiącu pakuje się ona w tytułowe BOXES i szykuje do odjazdu. Siedząc na BOXES, po raz kolejny odkłada wyjazd pod pretekstem niezjedzonego kurczaka, wymuszając tym odwiedziny syna. W końcu wyjeżdża do Kalifornii, a zatroskany, kochajacy syn telefonuje do niej i oświadcza, że ją kocha. Banał do kwadratu.
W innym opowiadaniu pt „Cathedral” mamy szczęśliwe /”po amerykańsku”/, kochające się /jw. „po amerykańsku”/ małżeństwo, tzn dwoje ludzi żyjących obok siebie. Ona znajduje powiernika w niewidomym, u którego kiedyś pracowała jako opiekunka. Zaproszenie niewidomego do ich rezydencji przeraża małżonka, a przyjazd uświadamia, że ten obcy człowiek wie więcej o żonie i ich małżeństwie niż on sam. Symboliczne rysowanie tytułowej katedry, w końcowej fazie z zamkniętymi oczami, ma potwierdzić dotychczasową ślepotę małżonka na ich związek i otaczający świat.
Reasumując: po ostatnio czytanych utworach trzech uznanych /nie przeze mnie/ pisarzy amerykańskich /Ian McEwan, Frank McCourt, Nick Hornby/ mamy czwartego przeciętniaczka - Carvera.
Mimo usilnych starań Ameryka Paryżem się nie stanie i nie będzie dyktować trendów, ani w sztuce, ani w literaturze. Wobec takiego stwierdzenia zakończę opinią MIŁOSZA o Amerykanach: „Masa, rojowisko ciał ludzkich ŻYJĄCYCH FIZJOLOGICZNIE....Oni zeżrą wszystko.... Instynkty NIE SKAŻONE ZROZUMIENIEM, jak u plemion prymitywnych”